Nowa polityka prywatności close
isource

 

 

 teksty dla dziennikarzy

 

Spis artykułów:

 

 

Bagaż naprawdę podręczny, czyli prestiż mieści się w kieszeni

Niektórym wydaje się, że prestiż musi być wielki. Zwłaszcza w podróży powinno być widać te potężne skórzane kufry, walizy, torby, torebki pojemniki do wszystkiego i do niczego, pudła na kapelusze, klatki do przewozu zwierząt i kosmetyczki z prysznicem... Słowem coś w rodzaju małego taboru cyrkowego. Trudno to nie tylko opisać, ale nawet sobie wyobrazić. Zwłaszcza, kiedy właściciel całego tego prestiżu usiłuje połowę zabrać do samolotu jako bagaż kabinowy.

 

Z przenośnym dyskiem Iomega Prestige Compact USB 3.0 jest inaczej. Prestiż rzeczywiście widać po jego czarnej metalowej obudowie. Ale tak naprawdę wszystko mieści się pod nią. Przede wszystkim dysk o zawrotnej pojemności od 500 GB do 1,5 TB. Mało? Wystarczy, żeby pomieścić do 60 godzin nagrań HD, albo do 193 godzin filmów w standardzie DVD. To tyle, ile trzeba na samolotowe kino - żeby oblecieć świat kilkanaście razy. Tylko kto by tyle latał.

 

Tak naprawdę kieszonkowy dysk Iomega Prestige Compact USB 3.0 to świetne rozwiązanie nie tylko dla pożeraczy multimediów, posiadających gigantyczne zbiory zdjęć, muzyki i filmów. To również dobry pomysł dla każdej rodziny, która bez problemu zmagazynuje wszystkie swoje zasoby cyfrowe, łącznie z elektroniczną biblioteką, kopiami rachunków i wszystkim tym co zawsze zalega na komputerowych dyskach. ?bo kiedyś może się przydać?

 

Iomega Prestige Compact USB 3.0 to również nieoceniony kompan wszystkich studentów. Pomoże im bez problemów nosić przy sobie całą płytotekę, materiały naukowe, e-podręczniki i co tam sobie jeszcze wymyślą. Koniec zmartwień, że coś zawieruszy się w czasie kolejnej przeprowadzki.

 

Iomega Prestige Compact USB 3.0 to w ogóle doskonały kompan dla mobilnych użytkowników. Mały, lekki, wystarczająco wytrzymały, by znieść trudy podróży, a na dodatek zabezpieczony technologią DropShock przed skutkami przypadkowego upadku czy uderzenia oraz działalności bagażowych na lotniskach. Jest też dobrze zabezpieczony przed dostępem nieuprawnionych osób i wirusami. Pod pewnymi względami zabezpieczono go lepiej niż Mennicę Państwową.

 

No i koniec końców jest szybki. Wyposażono go w port USB 3.0 - mogący transportować dane z prędkością 5 Mbps. Ale posiadacze starszych komputerów nie powinni się obawiać. Dysk współpracuje też z portami USB 2.0. I nie wymaga dodatkowego zasilania. Prąd pobiera właśnie z portów USB.

 

Przenośne dyski Iomega Prestige Compact USB 3.0 o pojemności 0,5, 1 i 1,5 TB, zabezpieczone pakietem antywirusowo-backupowo-szyfrowym są już w ofercie iSource. Dostępne dla każdego.

 

 

 

 

iPad pod ciepłą pierzynką. No prawie

Nie udała się zimie zima w tym roku. Albo mokro, albo wilgotno, albo pada. A iPad wsunięty do torby marznie albo się poci. Owszem, może pracować w niskich temperaturach, ale generalnie to nie sanki i zimy nie lubi. Jak każdy sprzęt elektroniczny zresztą.

 

Owszem, można go nosić pod kurtką, ale to średnio wygodne rozwiązanie. Lepsze - to pokrowce i futerały Crumplera, wykonane z miękkiego a jednocześnie wytrzymałego i dobrze izolującego materiału Chicken Tex Supreme.

 

Jest z czego wybierać, ale warto zwrócić uwagę na dwa nowe modele: PJs i The Gimp. Oba dopasowane do wymiarów iPada, oba wygodne i doskonale zabezpieczające sprzęt. Różnią się sposobem zamykania. PJs to wykończona neoprenem koperta z zamknięciem na rzepa. The Gimp ma wszyty wytrzymały na uszkodzenia zamek błyskawiczny. Po jego rozpięciu można używać iPada bez wyjmowania go z futerału. Sprawdza się świetnie zwłaszcza w zimie i zwłaszcza w terenie. Choćby wtedy, kiedy wykorzystujemy iPada jako nawigację na pieszych ekstremalnych wyprawach.

 

Oczywiście nie trzeba dodawać, że iPad w futerale Crumplera jest zabezpieczony przed uszkodzeniami mechanicznymi i można go nosić w dowolnie bałaganiarskiej torbie czy plecaku. Jego ekran będzie zabezpieczony przed wszelkimi ostrymi przedniotami, które mogłyby zostawić rysy.

 

No i koniec zmartwień o zimno i wilgoć. W futerałach Crumplera to iPadowi nie straszne.

 

 

 

 

Belkin Move - torba, która sprawdza się w ruchu

Wszyscy noszą torby na pasku, z dużą klapą. A tak naprawdę nikt nie lubi toreb na pasku z dużą klapą. Gdyby nie były modne, pewnie mało kto by je nosił. No może z nielicznymi wyjątkami. Takimi jak najnowsza torba do piętnastocalowego MacBooka - Move Belkina.

 

Bo torba Move Belkina ma to wszystko, czego brakuje typowym współczesnym messenger bags. Nie tylko odpowiednio wyprofilowano jej mocowanie paska bocznego, żeby dobrze opierała się o udo czy biodro. Nie tylko pomyślano, że przypięta skośnymi klamrami klapa będzie lepiej zabezpieczała ukrytego w środku piętnastocalowego MacBooka, ale nawet, że wewnętrzna kieszeń na MacBooka powinna być jednocześnie przenośnym etui.

 

Ale to nie wszystko. To, czego nikt nigdy nie lubi w torbach na ramię to, że jak się je weźmie w rękę, zaczynają przypominać nieforemne enerdowskie worki na buty. Ale nie tym razem. Bo nowiutki Belkin Move ma uchwyt na górnej klapie. A konstrukcja torby zapobiega jej deformacji.

 

No i jest jeszcze coś, czego nie ma zwykły messenger bag. Do środka łatwo się dostać przez tzw. kieszeń szybkiego dostępu. Ale uwaga, sprytnie umieszczono ją tam, gdzie zwykle styka się bezpośrednio z właścicielem. Więc nie ma szans, by szybki dostęp miał do zawartości złodziej w metrze czy autobusie.

 

Co to daje? A przede wszystkim wygodę. Łatwo wyjąć ze środka książkę, iPada czy iPoda, łatwo schować kupiony właśnie magazyn. Albo szybko dostać się do parasola jak pada. Niby niewielkie ułatwienie, ale jakie wygodne.

Wygodny jest też pas do mocowania Belkin Move na uchwycie walizki. Bo w końcu po co pilnować dwóch bagaży na raz: tego na kółkach i tego na ramieniu, skoro można z niego zrobić wygodną jedną sztukę. No i w odróżnieniu od tzw. systemów bagażowych, Belkin Move dopasowuje się do każdego modelu walizki na kółkach.

Nic dziwnego, że tę dyskretną, ale mocno użyteczną torbę, wyposażoną w dodatkowe kieszenie i organizery, pasującą do bojówek i garnituru i świetnie sprawdzającą się w każdych warunkach, projektanci Belkina nazwali Move - czyli ruch. Bo począwszy od konstrukcji, przez wytrzymałe materiały, aż po wygląd doskonale sprawdzi się w ruchu. Nie ważne, czy zaliczacie sią do kategorii City Traveller, czy raczej uprawiacie długie piesze wyprawy po kresowych wioskach. Nowiutki Belkin Move pasuje w każdym z tych miejsc. I w każdym jest równie wygodny.

 

 

 

 

Okazja wykiwać złodzieja

Wiecie czego szuka złodziej? Łatwej do zidentyfikowania torby z laptopem. Takiej czarnej, ze skórzanymi kawałkami, najlepiej udającej biznesową teczkę. Bo świetnie wie, że w środku poza papierzyskami znajdzie laptopa. No to pora na zabawę.

 

Chyba niewielu producentów podeszło tak na luzie do projektów swoich toreb, teczek futerałów i pokrowców na laptopy jak Crumpler. Przemyślany lekki design, wzory nawiązujące do niestarzejącej się klasyki, a jednocześnie wszystko, co nie kojarzy się ze standardowymi opakowaniami na laptopy, iPady i iPhony.

 

Wystarczy zerknąć na małe i duże modele Dentist?s Wife - jedyną taką torbę na laptopa na rynku - która wygląda rzeczywiście jak nieco retro torba pani wystarczająco majętnej, by dźwigać przy sobie wszystko, łącznie z jakimś mikropieskiem. Żaden złodziej nie będzie chciał ukraść czegoś równie wyładowanego. A linia The Mullet? Wyjątkowo oszczędna w formie, a pasuje równie dobrze do żakietu, jak do bojówek. No i też nikt nie będzie w stanie domyślić się zawartości.

 

Takich hitów Crumpler ma więcej: nieco oldskulowe torby Mood Smugller, wyjątkowo wyluzowane plecaki Dark Side, czy łączące najlepsze cechy pokrowca i lekkiej torby futerały Gumb Bush. A to przecież nie wszystko. Wystarczy spojrzeć na wybór etui do iPhonów, choćby serię Le Royale lub Culchie. Pierwszy kręci sportową elegancją, drugi nonszalancją doboru materiałów. A oba świetnie zabezpieczają iPhony czy iPody Touch. I to nie tylko przed przypadkowym kontaktem z kluczami w kieszeni czy upadkiem. Również przed złodziejami, szukającymi czegoś na pierwszy i drugi rzut oka wyglądającego drogo.

 

A to wspólna cecha wszystkich produktów Crumplera: choć wykonane z najwyższej jakości materiałów, rzadko są kojarzone z wyjątkową wartością skrywanej elektroniki. I o to chodzi. Można się pobawić ze złodziejami w chowanego? Można. Bierzemy sprzęt, dowolnego Crumplera i chowamy. I nikt się nie domyśli, że niepoważna na pierwszy rzut oka torba kryje całkiem poważnego MacBooka albo iPada. Ale o to chodzi w tej grze. A my mamy pewność, że MacBooki, te zwykłe i Pro, iPady, iPody i iPhony mają właściwe zabezpieczenie. Crumpler już się o to postarał.

 

 

 

 

Superbohater na straży twardzieli

Tylko twardziele nie robią backupu. Bo tylko oni nie płaczą, kiedy nagle ich iPhone, albo iPod touch zanurkuje w wodzie, albo wbrew ich woli zmieni właściciela. A wraz z iPhonem wszystkie zdjęcia i kontakty po prostu przepadną.

 

No ale nie każdy musi być twardzielem. I nie każdy musi podłączać swojego iPhona czy iPoda touch do komputera, żeby przerzucić wszystkie zdjęcia i kontakty w bezpieczne miejsce. O to zatroszczy się Iomega SuperHero - elegancki dock, który nie tylko naładuje baterie sprzętu, ale równocześnie pozwoli na zarchiwizowanie zdjęć i kontaktów na karcie SD 4 GB, która przychodzi razem z dockiem. Oczywiście można też użyć karty 16 GB i zarchiwizować 4 razy więcej zdjęć.

 

Iomega SuperHero to dobry wybór dla wszystkich, którzy w podróży lubią ograniczać wagę bagażu. W końcu iPhone i iPod touch, to już nie tylko telefon czy konsola do gier. To mieszczący się w kieszeni mały komputer, z dostępem do sieci, komunikatorami, pocztą i tysiącami programów, które ułatwiają życie, pozwalają pracować i po prostu miło spędzać czas.

 

Po co więc zabierać ze sobą jeszcze laptopa? Do tej pory był potrzebny do zrzucania zdjęć. Muzyki zwykle starczało na całą podróż, tak jak i e-książek, czy gier, a nawet filmów. Teraz, z Iomega SuperHero możesz zapomnieć o laptopie. Swojego iPhone czy iPoda touch stawiasz w docku - a on już sam ładuje baterie jednocześnie zapisując zdjęcia na karcie SD. Sam? No niezupełnie. Trzeba jeszcze z AppStore pobrać darmowe oprogramowanie SuperHero Backup App. Potem, po każdym umieszczeniu sprzętu w docku na ekranie iPhone pojawi się łatwy do obsłużenia program z opcjami backupu.

 

No dobrze. Tylko komu to potrzebne? Hm - przede wszystkim tym, którzy ciągle się przemieszczają. Iomega SuperHero pozwoli im zmniejszyć wagę bagażu i zabezpieczy przed utratą zdjęć i kontaktów w przypadku kradzieży sprzętu. Poza tym wszystkim użytkownikom, którym z jakiegoś powodu nie chce się podłączać iPhone czy iPoda touch do komputera. Ze zdjęciami zapisanymi na karcie o pojemności 4 GB (to nawet jakieś 4 tys. obrazków) albo 16 GB (16 tys. zdjęć - da się tyle zrobić w ciągu roku?), wystarczy podskoczyć do dowolnego fotolabu i nagrać je na płytę. A potem oglądać w domowym odtwarzaczu DVD.

Iomega SuperHero to świetny pomysł nie tylko na zimowe wyjazdy na narty, ale taki superbohater na co dzień. Bo daje poczucie bezpieczeństwa, pewność pracy iPhone i iPoda touch, no i mieści się niemal w każdej kieszeni (wyłączając tę na zapalniczkę w jeansach). No i współpracuje z dowolnym iPhone w wersji od 3G wzwyż i iPodem touch 4G. A teraz zastanówcie się, czemu go jeszcze nie macie.

 

 

 

 

Nagroda za pasek i laseczkę, czyli Belkin Grip 360° + Stand nadchodzi

Tego się nikt nie spodziewał. Belkin nagrodzony za swoje etui Grip 360° + Stand nagrodą najlepszej innowacji 2011 roku w kategorii akcesoriów dla urządzeń przenośnych, na zakończonych właśnie Consumer Electronic Show - największych targach i wystawie elektroniki użytkowej na świecie. Tylko za co ta nagroda?.

 

Powodów jest sporo. Fakt, że Belkin na rynku akcesoriów to firma tak uznana jak GM w motoryzacji. Ale rozwiązania proponuje tak proste - że aż genialne. No i tak samo jest z Grip 360° + Stand - rewelacyjnym (bez względu na opinie zawistnych i malkontentów) etui na iPada. Bo trzeba było tylko trochę ruszyć głową, pooglądać trochę filmów wojennych, pójść do sklepu z narzędziami dla majsterkowiczów i zwędzić z NASA jeden z najnowszych kombinezonów dla astronautów, żeby powstało etui, które pasuje świetnie wszędzie. Naprawdę wszędzie.

 

Jest wystarczająco eleganckie, by zabierać je na biznesowe spotkania i wystarczająco mocne, by chronić iPada w komunikacyjnym ścisku i zatłoczonej rzeczami torbie. No i ma jeszcze coś - skrzyżowanie bagnetowego mocowania obiektywu w aparacie fotograficznym z uniwersalną szyną RIS do broni policyjnej i wojskowej. To właśnie zdecydowało o nagrodzie za innowację. Do tej pory mogłeś kupić etui do iPada albo z podstawką, albo z uchwytem. Przy czym tych drugich było zdecydowanie mniej. Teraz sam decydujesz co ci jest potrzebne. Chcesz podstawki - zakładasz sprytną laseczkę, która daje możliwość regulacji kąta widzenia. I to bez żadnej wymyślnej hydrauliki. Wolisz pracować z iPadem w ręku? Przypnij do Belkin Grip 360° + Stand modulik z regulowanym, neoprenowym paskiem na rękę. Jeżeli kiedyś ktoś ci powiedział, że tzw. komputer naręczny musi się mieścić w dłoni - to go oświeć. I pokaż jak łatwo zmienić zdanie, kiedy masz to co chcesz, kiedy chcesz i to pod każdym kątem. Bo czy przy podstawce czy przy pasku - iPadem możesz obracać na wszystkie strony.

 

Belkin po raz kolejny udowodnił, że geniusz leży w prostocie. Ale chyba nie powiedział ostatniego słowa. Pomyślcie sami. Jeżeli już wymyślił uniwersalne bagnetowe połączenie dla uchwytów i podstawek, może do tego etui dokręcać prawie wszystko! Uchwyt samochodowy? Czemu nie. Motocyklowy - proszę bardzo. Sterowane radiem podwozie, poduszkę magnetyczną, dodatkowe oświetlenie, kierownicę do gier, klips do paska, uchwyt do obrazka... wszystko zależy od potrzeb użytkowników i od pomysłów inżynierów i projektantów.

 

Belkin Grip 360° + Stand to rzeczywiście rozwiązanie innowacyjne. A co do tego uchwytu samochodowego - ta laseczka w podstawce wystarczająco dobrze trzyma się wystających elementów kokpitu jako haczyk. Może wcale nic dodatkowego nie trzeba wymyślać. W każdym razie to jedno z najciekawszych, jeżeli nie najciekawsze etui do iPada dostępne obecnie na rynku.

 

 

 

 

Nie bój się cyfrowej telewizji, czyli do widzenia telewizorku

Naziemna telewizja cyfrowa w Polsce staje się faktem. Mieszkańcy Podbeskidzia już cieszą się z dobrodziejstw nowej technologii DVB-T. Ich problemem był zawsze kiepski obraz i trzeszczący dźwięk. Sygnał z tradycyjnych nadajników nie docierał do wszystkich beskidzkich dolin. Po uruchomieniu nadajnika na Skrzycznem - mogą korzystać nie tylko z programów w cyfrowej jakości z przestrzennym dźwiękiem, ale też innych dobrodziejstw - elektronicznego przewodnika po programach, czy wbudowanych w dekodery nagrywarek. Podobnie stanie się w wielu innych miejscach Polski, gdzie do tej pory jedyną alternatywą dla słabego sygnału telewizyjnego, był odbiór satelitarny.

 

Cyfrowe programy telewizyjne wejdą w nasze życie niezależnie od naszych chęci. To projekt, który już trwa, a zakończy się według planu w lipcu 2013 roku. Wtedy zamilkną ostatnie nadajniki tradycyjnej telewizji analogowej. W zamian na dotychczasowych kanałach TV pojawi się znacznie więcej programów telewizyjnych, dostępnych za pośrednictwem dekodera.

 

Wprowadzenie telewizji cyfrowej umożliwia znaczne poszerzenie oferty programowej nadawców. W naziemnej telewizji cyfrowej na jednej częstotliwości mamy możliwość oglądać kilka, a nawet kilkanaście kanałów. W telewizji analogowej jedna częstotliwość przypadała tylko na jeden kanał.

 

Poza zwiększeniem ilości programów poprawi się też ich jakość. Możliwe staje się nadawanie telewizji wysokiej rozdzielczości (HDTV). Pojawią się też nowe możliwości dodatkowych usług takich, jak choćby przewodnik po programach (EPG), emisja wielu ścieżek dźwiękowych (można będzie wybrać np. wersję dźwiękową filmu), a także możliwość realizacji usług interaktywnych informacyjnych i rozrywkowych. To już nie telewizor z telegazetą, ale naprawdę poważne centrum rozrywki, którym każdy będzie mógł swobodnie sterować.

 

I to wszystko może być dostępne na ekranie komputera, dzięki tunerom naziemnej telewizji cyfrowej AVerMedia z oferty iSource. Sprawdzą się we współpracy z komputerami stacjonarnymi, pozwalając na korzystanie z dobrodziejstw telewizji na ich dużych ekranach. Będą również doskonałym towarzyszem podróży, podłączone do laptopa. Nikt jeszcze nie oferuje tak łatwo dostępnej mobilnej telewizji.

 

Spośród trzech dostępnych modeli każdy znajdzie coś dla siebie. Są zminimalizowane tak, by były wygodne, a jednocześnie oferują cyfrowe wsparcie dla odbioru telewizji, zarówno analogowej, jak cyfrowej. Jednym słowem wystarczy 27-calowy iMac i tuner AVerMedia, by powiedzieć: ?żegnaj? zajmującemu dodatkowe miejsce telewizorowi. Nie potrzeba już dekodera z nagrywaniem: komputer sam nagra każdy program TV. Nie potrzeba skomplikowanego pilota. Tunery AVerMedia dogadują się z pilotem od nowego iMaca.

 

Do wyboru są trzy modele. Pierwszy - przeznaczony dla typowych podróżników, pozwala na odbieranie zarówno analogowego, jak i cyfrowego sygnału. Drugi działa w systemie plug and play - wystarczy wpiąć go do portu USB, by zaczął działać. To wygodne szczególnie dla starszych i niezbyt zaawansowanych technicznie użytkowników. Trzeci jest typowym tunerem naziemnej telewizji cyfrowej, z wygodnym interfejsem i wszystkimi cyfrowymi udogodnieniami. Wszystkie oferują jakość HD, możliwość cyfrowej poprawy jakości obrazu i konwersję odbieranych programów bezpośrednio do iPoda.

 

Już teraz można sprawdzić jak wygląda odbiór cyfrowej telewizji naziemnej w Gdańsku. Iławie, Pile, Płocku, Poznaniu, Siedlcach, Szczecinie, Warszawie, Zielonej Górze i Żaganiu. Przed świętami uruchomiono kolejne nadajniki m.in. w Rzeszowie i Beskidach.

 

W tej chwili w Gdańsku. Iławie, Pile, Płocku, Poznaniu, Siedlcach, Szczecinie, Warszawie można odbierać cyfrowo TVP1, TVP2 i TVP Info, TVP Kultura i TVP Historia, Polsat, TVN, TV 4, TV Puls oraz TVN 7.

 

Nadajniki w Rzeszowie, Wiśle, Zielonej Górze i Żaganiu nadają w tej chwili Polsat, TVN, TV 4, TV Puls i TVN 7. Ale nadawcy będą stopniowo uruchamiać kolejne kanały tak, by do końca lipca 2013 roku przenieść się zupełnie w sferę cyfrową.

 

W tej chwili mapa cyfrowej telewizji naziemnej w Polsce przypomina archipelag. Ale niebawem sygnał będzie pokrywał cały kraj, dając użytkownikom tunerów AVerMedia nieograniczony dostęp do cyfrowej telewizji, informacji i rozrywki w każdym miejscu. 

 

 

 

 

Drogie książki mogą być zupełnie darmowe

Od 1 stycznia wszyscy czytelnicy mogą poczuć się oszołomieni. Książki, które do tej pory kupowali w rozsądnych cenach - podrożeją. Podatek VAT podniesie ich cenę o 5 proc. W przypadku broszurowych wydawnictw cena przekroczy 40 zł, a luksusowe wydania zamkną się kwotami trzycyfrowymi.

 

Jest jednak alternatywa. Książki elektroniczne, czyli e-booki. Pełnowartościowe - zawierają dokładnie tyle samo treści. Łatwo dostępne - można je kupić w sieci, nie wychodząc z domu czy biura. I nie trzeba czekać na dostawę. Zaraz po zapłaceniu trafiają na nasze twarde dyski, pendrivy, czy gdziekolwiek, gdzie mamy ochotę je przechowywać. I, co ciekawe, niebawem mogą być publikacjami zupełnie darmowymi. Ale o tym za chwilę.

 

Oczywiście e-booki, to źródło dyskusji między tradycjonalistami, którzy nie wyobrażają sobie czytania bez zapachu farby drukarskiej i radykałami, którzy bardziej cenią treść i wygodę, niż formę. Jednak w obliczu rosnących cen jedni i drudzy zaczynają mówić podobnymi argumentami.

 

Sporo dobrego dla rynku e-booków zrobił iPad i jego aplikacja iBook Store. Ten poręczny tablet Apple, który w ciągu pierwszego miesiąca kupiło 3 mln. użytkowników nie tylko stał się gadżetem roku według prestiżowego Time, ale również wpłynął na obniżkę cen elektronicznych książek. Księgarnie internetowe, które do tej pory czuły się monopolistami na rynku e-booków musiały spuścić z tonu. Z korzyścią dla czytelników.

 

 

Zyskują również właściciele czytników e-książek. Te wyspecjalizowane urządzenia mają wszelkie cechy, których wymaga od książki prawdziwy koneser. BeBook, jeden z najpopularniejszych czytników, działa w technologii e-Ink - niezwykle bliskiej naturalnemu drukowi. Nie jest podświetlany, nie odbija swoim ekranem światła, a co za tym idzie - nie męczy oczu tak, jak czytanie na wyświetlaczu komputera. Pozwala dostosować czcionkę do potrzeb czytającego, a w wersji BeBook Neo nawet łączy się bezprzewodowo z internetem.

 

Jednak prawdziwe cuda z ceną e-książek mogą zacząć się w momencie, kiedy pojawią się w nich reklamy. Nie dlatego, że co stronę bestsellera zobaczymy butelkę piwa. Albo jeepa grand cherokee. Te reklamy mogą być mocno spersonalizowane. Bo niby kto ma wiedzieć więcej o swoim czytelniku, niż internetowa księgarnia. To ona wie, jakich tytułów i autorów szukamy. A stąd już niedaleka droga do analizy i naprawdę dopasowanego przekazu.

 

Można się wściekać. Reklama w książce? W zbiorowym wydaniu Sienkiewicza z 1900 roku na każdy tomik przypadało 4 strony reklamy wydawnictwa. Więc to nie żadna nowość, ale zmodyfikowana kontynuacja. I to z korzyścią. Bo w zamian za darmo, lub za pół darmo dostaniemy e-książkę, za którą musielibyśmy zapłacić całkiem spore pieniądze.

 

Wracając do czytników. Testowani w warunkach domowych tradycjonaliści przyznają, że BeBook to dokładnie ten czytnik, którego brakowało im, kiedy poznawali rynek e-booków.

 

- Zawsze kupuję książki - mówi pani Małgorzata, wydawca w jednej z największych gazet regionalnych w Polsce. - Wydawało mi się, że nigdy nie przekonam się do publikacji elektronicznych. Ale czytnik, którego ekran wygląda jak kartka papieru, najnormalniej mnie przekonał.

 

- W życiu używałem różnych urządzeń do czytania e-booków - mówi Ryszard, kiedyś reporter, dziś administrator jednego z dużych serwisów informacyjnych. - Zaczynałem chyba od Palma VII i Palma Treo. Małe wyświetlacze, ale za to z własnym światłem. Potem był iPaq i Jornada 690. Do dziś pamiętam, jak ceniłem sobie ich pojemność. W podróż na kilka tygodni zabierałem sporą bibliotekę: reportaże, mapy, przewodniki i takie normalne kryminały do poczytania. I wszystko mieściło się w jednej kieszeni. Jednak BeBook bije je wszystkie na głowę i pojemnością i jakością.

 

 

BeBook też mieści się w kieszeni. Niezależnie czy w wersji Neo - doskonale czuje się w tylnej kieszeni spodni, czy w wersji Club - nawet w kieszeni koszuli. Jest w stanie przenieść w swojej półgigowej pamięci kilkaset tytułów.

 

A jeżeli chodzi o darmowe czytanie - już teraz można się niem cieszyć. Google Books to ponad 15 mln. zeskanowanych książek. Z BeBookiem Neo wyposażonym w WiFi nie trzeba nawet robić zakładek, czy ich ściągać. Po zalogowaniu do sieci i tak znajdziemy się na ostatniej czytanej stronie. A w końcu Google czerpią 90 proc. zysków z reklamy. Więc może za moment dostaniemy wybór: czysty e-book bez reklam za równowartość 20 dolarów, albo darmowy, ale z reklamami dokładnie dopasowanymi do naszych potrzeb...

 

Co wybierzemy? Każdy to, co mu pasuje. Ale zawsze będziemy mieć wybór.

 

 

 

 

 

Domowe kino w kieszeni, czyli poradnik malarza pokojowego

Bez zbędnych wstępów: takie małe a potrafi. I to potrafi nieźle. Widzieliście już projektory LED Philips PicoPix? Nie? A warto. Małe takie, że nikt nie pomyśli, że to projektor. Paczka gumy do żucia, przybornik do paznokci tak. Ale na pewno nie projektor. A jednak. 

 

W obudowach wielkości niespełna 9 i 10 cm udało się zmieścić nie tylko lampy, soczewki i co tam jeszcze taki projektor potrzebuje, ale również samodzielne odtwarzacze filmów, zdjęć i muzyki. Co to znaczy? Ano tyle, że teraz nie trzeba podłączać do projektora całego komputera. Wystarczy pendrive, albo iPod, iPhone i co tam jeszcze macie w domu na „i”.

 

A efekt niesamowity. Pomyślcie tylko, że zamiast zapraszać przyjaciół przed monitor komputera, czy przed telewizor - wyświetlacie zdjęcia i filmy z wakacji wprost na ścianie. I każdy obraz ma przekątną 2 metry. Macie taki telewizor? No właśnie. Oczywiście filmy z wakacji nie są obowiązkowe. Można urządzić romantyczny wieczór we dwoje i wyświetlić na ścianie jakąś romantyczną komedię.

 

Oczywiście przydałby się ekran. Tyle że to akurat łatwe. Bierzecie 2 litry białej farby emulsyjnej i szeroki wałek malarski. No i koniecznie taśmę malarską. Bo to nią wyznaczycie granice ekranu. Najłatwiej będzie, jak rzucicie na ścianę dowolny obraz i okleicie jego brzegi. No może z zapasem 10 cm. A potem już tylko farba, wałek, 15 minut malowania, a potem po 3 godzinach druga warstwa. Powinno starczyć. A efekt nieoceniony. Może tylko potem będziecie mieli żal do projektora, że tak cicho pracuje, a nie terkocze jak stary projektor filmowy. No ale jakoś trzeba pogodzić się z postępem.

 

Projektory LED Philips PicoPix są nie tylko ciche. Moc 20 lub 30 lumenów świetnie sprawdzi się w domu i na kilkunastoosobowych spotkaniach biznesowych. A w odróżnieniu od projektorów z tradycyjnymi lampami rtęciowymi, kolorowe diody LED wytrzymują do 20 tys. godzin pracy. I zużywają zdecydowanie mniej energii. Na tyle mniej, że PicoPix może być zasilany z wbudowanej baterii, albo z gniazda USB w komputerze.

 

Do wyboru 3 modele, z których każdy zmieści się w kieszeni:

  • PicoPix 1020 - Rozdzielczość 800x600, kontrast 500:1, jasność 20 Lumenów, USB
  • PicoPix 1230 - Rozdzielczość 800x600, kontrast 500:1, jasność 30 Lumenów, 2 głośniki, bateria pozwalająca na działanie do 150 minut
  • PicoPix 1430 - Rozdzielczość 800x600, kontrast 500:1, jasność 30 Lumenów, 2 głośniki, bateria pozwalająca na działanie do 150 minut, pilot, czytnik kart SD, USB

No i jeszcze cena. Też jest pico. Projektory Philips PicoPix kosztują jedną dziesiątą tego, ile trzeba zapłacić za nowego Maca. Oferta w sam raz na święta.

 

 

 

 

Zimowy prezent dla Kubusia Puchatka

Pamiętacie piosenkę Kubusia Puchatka o śniegu? Że im bardziej pada śnieg bim bom, tym bardziej sypie śnieg? Jakby zamiast w Stumilowym Lesie mieszkał w Polsce. Przynajmniej przez ostatnie kilka dni. Mniejsza o adres Puchatka. Ta piosenka kończyła się dramatyczne. Że im bardziej sypie śnieg, tym bardziej marzną mu paluszki. Tak jak nam wszystkim na śniegu i mrozie. No chyba, że postaramy się o Eneloop Kairo - podgrzewacz do rąk, a jednocześnie ładowarkę baterii.

 

Przyda się? Bardzo. Pomyślcie o rękach marznących na przystanku. Albo przy odśnieżaniu samochodu. Albo nawet na spacerze. Eneloop Kairo sprawdzi się w każdej sytuacji. To wielofunkcyjne urządzenie, podgrzewacz dłoni do wielokrotnego ładowania i jednocześnie ładowarka akumulatorów. Elektroniczny sterownik zapewnia bezpieczne i skuteczne ogrzewanie dłoni. Pracuje w trybie normalnym i turbo - specjalnie na silne mrozy i do szybkiego ogrzewania. Dodatkowo, urządzenie może ładować akumulatory typu NIMH.

 

 

 

 

Panowie Bowers and Wilkins dają czadu, czyli naprawdę mocne brzmienie

To niesamowite ile potrafi dać 40 lat doświadczenia w najlepszych studiach nagraniowych, takich jak Abbey Road i Skywalker Sound. Czysty, ciepły highendowy dźwięk, wydobyty z absurdalnie niewielkich rozmiarów. To jakby bajkowy Ropuch zaśpiewał ciepłym barytonem. Bowers&Wilkins potrafią zadziwić. Nie tylko jakością i czystością dźwięku, ale i formą głośników do iPodów i komputerów, która w żaden sposób nie przypomina Ropucha.

 

Sztandarowym produktem firmy jest wielokrotnie nagradzany Zeppelin - rzeczywiście wygląda jak przedwojenny sterowiec. Ma ten jedyny w swoim rodzaju kształt nieco opasłego cygara, a podłączony do iPoda potrafi zadziwić jakością i mocą odtwarzanej muzyki. I niech nikogo nie dziwi ten cygarowaty kształt. Projektantom chodziło nie tylko o odlotowy design, ale i o maksymalne zmniejszenie obudowy wokół głośników. To pozwoliło na pozbycie się niechcianych zakłóceń.

 

Zeppelin jest chyba jedynym highendowym zestawem głośników Hi-Fi, mieszczącym się w tak niewielkiej i uniwersalnej obudowie.

 

Dla poszukujących czegoś mniejszego świetnym rozwiązaniem będzie Zeppelin Mini. Projekt bazujący na „dorosłym” Zeppelinie, zarówno pod względem materiałów i wykonania, jak i pod względem jakości dźwięku.

 

Zeppelin Mini poza złączem dla iPoda ma również port USB, który pozwala na pobieranie dźwięku z dowolnego stacjonarnego, lub przenośnego komputera. To cyfrowe połączenie nie oznacza jednak strat w jakości. Konwersja analogowo - cyfrowa sygnału pozwala osiągnąć najlepszy dźwięk, niezależnie od tego, w jaki sposób jest przesyłany.

 

Zeppelin Mini świetnie zmieści się na biurku, albo w dowolnym miejscu nawet niewielkiego pomieszczenia. I oferuje podobny komfort słuchania muzyki, jak jego starszy brat.

 

Jest jeszcze jedna strona mocy głośników Bowers&Wilkins. To głośniki Hi-Fi MM1 - przeznaczone do współpracy z komputerami. Nigdy dotąd na rynku nikt nie zaproponował głośników do komputera, które bez dodatkowego subwoofera oferowałyby tak głęboki i przestrzenny bas i tak doskonałe detaliczne brzmienie. Dwa niewielkie sześciany, ustawione po obu stronach monitora dosłownie wciągają brzmieniem. Nie tylko w wyrafinowane strzelanki, których dźwiękowy realizm jest w stanie porazić, ale w każdy dowolny dźwięk wydawany przez komputer.

 

Ktokolwiek raz spróbuje pracować na swoim „gadającym” komputerze z głośnikami Bowers&Wilkins MM1, ten nigdy więcej nie odnajdzie się przy standardowych głośniczkach netbooków i laptopów. Bo które głośniki komputerowe zaoferują użytkownikowi przetwarzanie cyfrowego sygnału na analogowy? Ba, które z głośników równie doskonale przetworzą dźwięk dla podpiętych słuchawek? Tu Bowers&Wilkins MM-1 jest po prostu bezkonkurencyjny. Odzyskuje z cyfrowego i często marnej jakości przekazu to, co jest istotne dla wierności i głębokości dźwięku.

 

We wszystkich swoich głośnikach Bowers&Wilkins korzysta z lat doświadczeń w projektowaniu dźwięku, za które jest ceniony w najlepszych studiach nagraniowych świata. Teraz każdy ma szansę skorzystać z nich w domu.

 

 

 

 

Jedyne takie miejsce na świecie

Policzmy to razem: ponad 1000 zdjęć z ostatnich wakacji i mniej więcej tyle samo z każdych poprzednich, ze 100 filmów, tyle samo audiobooków, 700 e-booków, kilkadziesiąt godzin muzyki, o dokumentach, zapiskach, książkach adresowych, pracach domowych dzieci i własnych opracowaniach nawet nie ma co mówić. I gdzie to wszystko pomieścić? Niby można na dyskach wszystkich domowych komputerów. I potem biegać od jednego do drugiego w poszukiwaniu czegoś, co jest potrzebne na wczoraj. Można? Można... Ale nie trzeba.

 

A teraz pomyśl, jak fajnie byłoby mieć to wszystko w jednym miejscu, dostępne z każdego komputera w domu i na dobrą sprawę z każdego miejsca na ziemi (oczywiście pod warunkiem, że masz dostęp do internetu). No to rozwiązanie jest gotowe: Iomega Home Media Network Hard Drive z USB 2.0 i portem ethernet. Niewielki dysk sieciowy, o rozsądnej pojemności jednego terabajta. Mniejsza z tym ile się na nim zmieści. Bo zmieści się naprawdę dużo. Sam będziesz się zastanawiał, czemu to-to się jeszcze nie zapchało, a jak zerkniesz z bliska, to się okaże, że pod dyskretną obudową zostały jeszcze hektary miejsca na wszystkie twoje pliki.

 

Nigdy nie miałeś doczynienia z dyskami sieciowymi? Nie martw się. Podłącz Iomega Home Media Network HD do swojego rutera, odpal CD z instalacją oprogramowania. I tyle. Oprogramowanie jest tak przyjazne, że poradzą sobie z nim wszyscy: od kompletnie atechnicznego kuzyna spod Warki, po sześciolatka z ADHD. O żonie i teściowej nie wspominając.

 

Pomyśl sam. Koniec z zapychaniem dysku w laptopie muzyką. Te kilkanaście gigabajtów, które uzbierałeś świetnie zmieszczą sie na Iomega Home Media Network HD, który poza wszystkimi udogodnieniami ma też serwer iTunes. Ba, nie chodzi tylko o muzykę. Będziesz mógł ogłądać filmy na swoim nowym wielkim telewizorze. Wystarczy, że będzie podłączony do domowej sieci. No i pomyśl o dostępie do wszystkich swoich plików. Nie ważne, czy pojechałeś do rodziny na święta, czy goni cię termin w pracy. Wszystko masz pod ręką, bo zawsze możesz połączyć się ze swoim domowym dyskiem. I nie martw się o prędkość przesyłu danych. Iomega Home Media Network HD jest wyposażony w port ethernet o prędkości jednego gigabita. Wystarczy by bez czkawki odtwarzać nawet duże pliki medialne.

 

Zresztą Iomega Home Media Network HD łączy się nie tylko z domowymi komputerami i telewizorem. Możesz z niego zrobić serwer dla zdjęć w ramce cyfrowej, bazę gier dla konsoli swojego dziecka, a nawet jakże prozaiczny serwer drukarki. I koniec z prośbami: możesz mnie wpuścić na swój komputer, bo muszę coś wydrukować.

 

I uwaga: Iomega Home Media Network HD sprawdzi się nie tylko w domowej sieci, ale także w małym biurze. To idealne rozwiązanie dla przedsiębiorców, bo nie wymaga dodatkowego nadzoru informatyka.

 

I wszystko jest bezpieczne, bo chronione doskonałym oprogramowaniem EMC? Retrospect?. To daje pewność, że któregoś dnia nie obudzisz się z kawałkiem bezwartościowego krzemu i metalu, a twoje pliki poszybują w cyfrowy niebyt. Szybko przekonasz się, że to jedyne miejsce na świecie, gdzie twoje wspomnienia i dokumenty są jednocześnie i dostępne i bezpieczne.

 

 

 

 

Zaproś Myszkę Miki na święta

Co roku ten sam problem. Idzie Mikołaj, potem choinka i coś powinno się w paczkach znaleźć. Tylko wymyślanie tego ?cosia? za każdym razem przyprawia o zawrót głowy. Bo w końcu co włożyć do dziecięcej paczki, żeby potem mieć satysfakcję słysząc ?wow?. Macie tak? Każdy tak ma.

 

Tylko nie w tym roku. Sprawcie dzieciakom coś, co nie skończy się jednym wow pod choinką. Coś, co pociągnie lawinę następnych wow kolegów i koleżanek. Zerknijcie na akcesoria komputerowe od Cirkuit Planet. Te wszystkie klawiatury, myszki, głośniki, pokrowce, podkładki i naklejki na laptopa z wizerunkiem Myszki Miki. I nie tylko Myszki. Spytajcie dzieciaki o Hannah Montana, albo o Toy Story. Tych bohaterów też znajdziecie na komputerowych akcesoriach. I pomyślcie tylko, jak dumne będą wasze córki, kiedy swoim koleżankom będą mogły powiedzieć: Zeszyt z Hannah Montana? Stara, ja mam taką myszkę do komputera.

 

A wybór jest spory. Pomyślcie o głośnikach. Dzieciaki i tak od dawna męczą was o głośniki, które można przypiąć i do komputera i do iPoda. No i są. Kształt, wielkość i bohaterowie na nich - wybór zależy tylko i wyłącznie od waszej fantazji.

 

Głośniki, myszy, nawet klawiatury są ozdobione ulubionymi bohaterami waszych dzieci. Hm czy tylko dzieci? Pomyślcie sami. Zabawnie byłoby mieć etui na laptopa, albo chociaż nalepkę ochronną na jego pokrywie z Myszką Miki. To dopiero byłby szok na wszystkich oficjalnych spotkaniach.

 

Więc jeżeli jeszcze nie macie pomysłu, to pomysł z akcesoriami Cirkuit Planet jest w sam raz dla was. I nie obawiajcie się. Nie sięgacie po chińskie podróbki. Wszystkie wizerunki na myszach, klawiaturach, głośnikach i innych rzeczach są certyfikowane przez Disneya. A teraz zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie wasze dzieci robiące ?wow? pod choinką. A potem zabierające nową mysz albo głośniki do łóżka. Hm. Chyba już dawno tak nie było. Albo nigdy.

 

 

 

Całkiem uzasadniona przerwa w pracy

Pamiętacie Mistrzostwa Świata w piłce nożnej w Korei? Tak. To wtedy jak Edyta Górniak zarżnęła polski hymn. A drużyna Engela - polską piłkę. To byly czasy, kiedy w wielu polskich firmach korzystających z Maców wyciągano i odkurzano stareńkie performy 630. Nie, żeby to szczególnie kultowy sprzęt był. Ale wiele z nich miało wbudowaną kartę telewizyjną. Wystarczyło podłączyć antenę i - tadam! Mecze można bylo oglądać nawet tam, gdzie szef zapomniał postawić telewizor.

 

Teraz sprawa jest prostsza. Kupujesz AVerTV Volar HD M - maluteńki tuner telewizyjny, który wystarczy wetknąć w gniazdo USB 2.0 twojego Maca lub PC. Owszem. Będziesz się musiał odrobinę wysilić. Pierwszy raz - kiedy zainstalujesz oprogramowanie, drugi raz, jak będzie trzeba przekonać szefa, że to małe coś, to pendrive, a to co z niego wystaje to nie żadna antena tylko taka ozdóbka, żeby się nie zawieruszył. Ale jak by było zupełnie prosto, to by nie było fajnie.

 

Mniejsza o problemy. Instalujesz soft, wtykasz tuner w gniazdko i masz telewizję. Wystarczy, żeby twoje biuro było w zasięgu DVB-T - czyli cyfrowej telewizji naziemnej. I możesz sobie zerkać choćby w niewielkie okienko, podglądając kolejny mecz, albo śledząc po raz ochdziesty epicką podróż czterech pancernych przez środkową Europę.

 

Albo nie. Albo normalnie nagrywasz i mecz, i serial, i co sobie tylko wymyślisz. Bo z tunerem AVerTV Volar HD M możesz nagrać wszystko. W jakości HD. I tylko kombinuj, żeby ci starczyło dysków.

 

Ba, możesz sobie potem wyeksportować wszystkie nagrania na iPoda i obejrzeć w drodze do domu. Albo w domu. W sumie wszystko jedno. Jeżeli tylko masz dostęp do komputera - masz też cyfrową telewizję. Z AVerTV Volar HD masz telewizję w kieszeni. No chyba, że ją przypniesz do komputera. Proste.

 

 

 

Metoda na przyjazne państwo

Nie ma nic wspanialszego niż te wszystkie regulacyjki prawne, jakimi zarzuca nas przyjazne państwo w celu poprawienia życia. Zakaz palenia - słusznie. Niech ludzie nie popełniają publicznie powolnego samobójstwa. Podwyższenie prędkości na autostradach? Jeszcze piękniej. Niektórzy jeszcze nawet nie widzieli na oczy polskiej autostrady. Zmiana naziemnego sygnału telewizji z analogowego na cyfrowy? Cudownie. Zwłaszcza, że w milionach domów stoją nadal całkiem sprawne telewizory wielkości wiktoriańskiego kominka, które w życiu nie poradzą sobie z tym cyfrowym sygnałem. I co?

 

I AVerMedia - jedna z wiodących firm na rynku przetwarzania obrazu ma coś specjalnie dla ciebie. I prawdopodobnie dla twoich rodziców. Tuner telewizyjny na USB - AVerTV Plug & Watch w sam raz pasujący do Maca. W końcu iMac ze swoim 27-calowym krystalicznym ekranem niczym nie odbiega w jakości obrazu od współczesnych telewizorów. I może być odbiornikiem naziemnej telewizji cyfrowej.

 

Nie musisz się martwić o sterowniki, płyty, programy - po prostu wtykasz w gniazdo USB coś, co wygląda jak futurystyczny gwizdek i telewizja włącza się sama. Dokładnie tak. Sama. Potem do jej włączenia możesz użyć pilota Apple, albo jak typowy homo computerus - rozklikać ikonkę.

 

A potem możesz się cieszyć obrazem w jakości HDTV, elektronicznym przewodnikiem po programach, możliwością nagrywania ulubionych programów nawet wtedy, kiedy nie ma cię w domu, a nawet tym cwanym Picture in Picture, które pozwala oglądać mecz w momencie, kiedy kobieta chce serial. Albo odwrotnie. Ale to nie koniec. Możesz też wyregulować jakość obrazu tak, że w niczym nie będzie przypominała tych rozpływających się plam i pixeli, jakie zwykle oferują tanie tunery USB.

 

No i zawsze będziesz mógł wyeksportować zachowane programy do iPoda i obejrzeć je w przerwie na lunch, albo w drodze do pracy. Oczywiście, jeżeli jeździsz transportem publicznym, albo stoisz w korkach. Tuner AVerTV Plug & Watch pozwala również na to.

 

A co do rodziców - po co mają się uczyć obsługi skomplikowanego pilota do D-BTV. Im też wystarczy Mac z tunerem AVerTV Plug & Watch. Bo jest łatwy w obsłudze.

 

 

 

Ostro i w naturalnych kolorach

Jak człowiek zobaczy nowego wielkiego iMaca, to zastanawia się, po co komu jeszcze telewizor. No chyba, że ktoś bez telewizora nie potrafi. Nie ma to jak programy redakcji rolnej, gastryczne rewolucje albo talk show mniej lub bardziej wydumanego indywiduum. No może jest trochęś więcej programów, które warto zobaczyć. Ale zwykle nie ma na to czasu. W końcu człowiek chciałby czasem zrobić coś innego niż posiedzieć.

 

No chyba, że ma możliwość zaprząc do pracy swój komputer. Na przykład przy pomocy AVerTV Hybrid Volar M - nowego tunera USB. To małe cudo tylko z wierzchu wygląda niepozornie. W eleganckiej obudowie mieści się zaawansowany odbiornik analogowego i cyfrowego sygnału naziemnego, a wbudowany demodulator pozwala na oglądanie filmów w jakości HD. Wygodne. Zwłaszcza teraz, kiedy w Polsce sygnał analogowy ma być likwidowany. AVerTV Hybrid Volar M pozwoli na bezbolesne przejście tych zmian. Ale to nie wszystko.

 

Chyba żaden tuner TV na USB nie ma tak zaawansowanego systemu poprawy jakości obrazu. Z jego pomocą zawsze będziesz mógł oglądać ostre filmy w naturalnych kolorach. Ba, będziesz też mógł zapomnieć, że któryś program ci ucieknie. Każdy będziesz mógł nagrać, a potem na przykład wyeksportować do iTunes i obejrzeć w dowolnym momencie na przykład na ekranie swojego iPoda.

 

A w planowaniu nagrań pomoże ci Electronic Program Guide - przewodnik po kanałach i programach. W sumie będziesz mógł dzięki niemu stworzyć własny zbiór programów, jakiego nie oferuje żaden nadawca. Na wszelki wypadek już postaraj się o nowy duży dysk.

 

Tuner AVerTV Hybrid Volar M to również świetna opcja dla podróżujących. Dzięki niemu koniec problemów z oglądaniem naziemnej telewizji bez względu na technologię. I nie będziesz musiał się zastanawiać, czy u cioci pod Białą Podlaską działa D-BTV, czy może tylko telewizja analogowa. Poradzi sobie z oboma sygnałami. No i ma jeszcze jedną zaletę. Współpracuje z pilotami Apple.

 

 

 

Telewizja w Twoim komputerze? Z AVerMedia to proste

Szukałeś zawsze prostego tunera TV do swojego Maca? Koniec problemów. W iSource znajdziesz trzy nowe świetne tunery AVerMedia - wszystkie trzy doskonale współpracują z systemem Mac OS X. Ba, wszystkie trzy dogadują się świetnie ze standardowym pilotem Apple.

 

Ale po kolei. AVerMedia to firma z 20-letnim doświadczeniem na rynku urządzeń do robienia i odbierania telewizji. Jest dziś obecna niemal na całym świecie, a jej produkty zadowalają najbardziej wybrednych. AVerMedia skupiła się na rozwiązaniach cyfrowego obrazu i od lat wyznacza standardy czystości obrazu, jakości i efektywności jego przetwarzania.

 

Trzy nowe tunery w ofercie iSource - to jej nieodrodne dzieci. Zminimalizowane tak, by były wygodne, a jednocześnie oferujące cyfrowe wsparcie dla odbioru telewizji, zarówno analogowej, jak cyfrowej. Jednym słowem wystarczy 27-calowy iMac i tuner AVerMedia, by powiedzieć: żegnaj zajmującemu dodatkowe miejsce telewizorowi. Tak jest - te małe gwizdki wetknięte w gniazdo USB zastępują wszystko, co do tej pory wydawało się niezbędne. Nie potrzeba już dekodera z nagrywaniem: komputer sam chętnie nagra każdy program TV. Nie potrzeba skomplikowanego pilota - wszystko zrobisz pilotem, którego znalazłeś w pudełku ze swoim Makiem. No i wreszcie nie musisz się zastanawiać, jak to zrobić, żeby telewizję oglądać w kuchni. Dowolny tuner AVerMedia dogada się z dowolnym MacBookiem. Wygodne?

 

Możesz wybrać spośród trzech modeli. Jeden - przeznaczony dla typowych podróżników, pozwala na odbieranie zarówno analogowego, jak i cyfrowego sygnału. Inny - wystarczy wpiąć do portu USB, by zaczął działać. Sam.

 

No więc sam wybierasz. Wszystkie oferują ci jakość HD, możliwość cyfrowej poprawy jakości obrazu i co najważniejsze - konwersję odbieranych programów bezpośrednio do iPoda. A to oszczędzi ci czas. W końcu nie wszystko, co chciałbyś zobaczyć, wymaga wielkiego ekranu.

 

Z tunerami AVerMedia szybko zapomnisz o tym, że w ogóle potrzebowałeś normalnego telewizora. Teraz masz go zawsze tam, gdzie masz komputer. Dowolny. Bo te tunery bezproblemowo dogadują się również z pecetami.

 

 

 

Iomega Skin, czyli grasz u Quentina Tarantino

Zastrzel swoich kolegów dizajnem swojego nowego dysku Iomega Skin. Nikt nie pomyśli, że wyciągasz z kieszeni coś innego, niż oldskulowe pudełko cygar. Nowe Iomega Skin w niczym nie przypominają tych wszystkich monotonnych przenośnych dysków, jakie można znaleźć w byle markecie. Ich doskonale mieszczące się w kieszeniach obudowy wyglądają, jakby były żywcem przeniesione ze sklepu dla wyluzowanych surferów i harleyowców. Miałeś kiedyś coś takiego? Jasne, że nie, ale zawsze chciałeś mieć.

 

Dyski Iomega Skin, zdolne zapisać nawet 500 GB danych, sprawdzą się nawet w najtrudniejszych warunkach: na trekkingach, motocyklowych wycieczkach, w autobusowym ścisku, czy na plażowym biwaku. Możesz je bezkarnie zrzucać z wysokości 1,3 m - to półtora raza wyżej niż przeciętny stół. No i poza świetną ochroną i USB 2.0 mają jeszcze to coś: coś co odróżnia zwykły kawałek metalu i krzemu od małego dzieła sztuki - wygląd, jak z filmów Quentina Tarantino.

 

Aż będzie cię kusić, żeby zabrać go do pracy i wyciągnąć z kieszeni marynarki. A potem zaczniesz marzyć, żeby twój laptop też tak wyglądał. I samochód.

 

 

 

Domyśl się, gdzie mamy listę lektur

Znacie? To posłuchajcie. Pani w szkole, asystent na studiach, ba, byle dyrektorzyna w dowolnej korporacji ma zwyczaj wymyślać sobie "coś do poczytania na weekend". Nie, nie sobie - dla siebie. Robią to celowo i złośliwie - dla nas. I jak już przeliczymy te wszystkie pozycje: szkolne lektury, teksty uzupełniające i źródłowe, opracowania dotyczące sprzedaży, dystrybucji, zarządzania stronami i ludźmi oraz pięćsetstronnicowe zalecenia na temat spędzania wolnego czasu, to nam wyjdzie, że bez względu na wiek, żeby nosić to wszystko ze sobą, powinniśmy posiadać przynajmniej półciężarówkę. Albo nie.

 

Bo w sumie czemu poddawać się małym cudzym złośliwościom, skoro BeBook Club pomieści nie tylko te wszystkie niezwykle konieczne do przeczytania lektury, ale również wszystko to, co mamy ochotę sami przeczytać. No i zmieści się w kieszeni kurtki, jak tani kryminał.

 

No jasne, że można czytać książki na ekranie dowolnego telefonu, smartfona, czy nieco archaicznego palmtopa. Przygoda jest niezła. Zarobek okulisty też będzie niezły. W końcu nikt nie opracowywał tych urządzeń specjalnie do czytania książek. Zwłaszcza przez kilka godzin. A BeBook Club jest stworzony właśnie z myślą o zatwardziałych czytaczach. Jego ekran w technologii eInk jest niemal tak samo przyjazny dla oczu, jak zadrukowane kartki. Poważnie. To jeden z tych czytników e-książek, którego kontrast i jasność są najbardziej zbliżone do tego, jaki daje zwykła książkowa strona. No i tak jak zwykłą książkę, możesz czytać BeBooka Club w pełnym słońcu. Jest jedna różnica. Nie da się go zwinąć w trąbkę, żeby schować do kieszeni.

 

W sumie BeBook Club ze swoim 6-calowym wyświetlaczem bije na głowę wszelkie popularne sposoby czytania e-książek. Jest nie tylko większy i bardziej naturalny. Szybko zorientujecie się, że nawet o zwykłym przewracaniu stron pomyślano tak, by po prostu znalazło się pod palcami. No i nareszcie nie ma problemu ze zbyt drobnym drukiem. Wystarczy trochę powiększyć literki. Wszystko działa jak powinno.

 

Zabawka w sam raz na komunikację miejską. Nie za duża i nie za mała, wkomponujecie się z nią nawet w przyciasne siedzenie autobusu. A jeżeli waszą zwykłą lekturą w komunikacji miejskiej jest gazeta - to BeBook Club będzie nawet bardziej komfortowy. Wystarczy taniutka prenumerata gazety w formacie PDF. Wrzucacie ją do BeBooka Club przed wyjściem z domu przez złącze USB 2.0 (w sumie każdy komputer potrafi to zrobić bez waszego szczególnego udziału), a potem czytacie po drodze. A jak was coś zainteresuje , najnormalniej w świecie dodajecie zakładki. W końcu nikt nigdy nie czyta całej gazety.

 

Ale to nie koniec. Pomyślcie sami. Ile gazet możecie wozić ze sobą na raz? Kilogram? To raptem kilka tytułów. A na BeBooku Club zmieści się codziennie tyle gazet, ile tytułów potraficie wymienić w ciągu minuty. I jeszcze zostanie miejsce na niedoczytany kryminał, służbowe dokumenty i książki kucharskie. Na 512 MB wbudowanej pamięci mieści się naprawdę sporo. A gdyby tego było mało, zawsze możecie skorzystać z kart SD we wbudowanym slocie. Tak się rozbudowuje pamięć nawet do 32 GB. Wystarczy, żeby pomieścić nie tylko domową bibliotekę, ale również własne zbiory muzyczne.

 

I nie musicie się bać o "albo-albo". BeBook Club poradzi sobie świetnie z wyświetlaniem tekstu i obrazków przy jednoczesnym odtwarzaniu muzyki. Jego bateria wystarczy na przewrócenie 12 tys. stron. To jakby przeczytać 15 razy ostatni tom przygód Harrego Pottera. Albo niemal 12 razy ?Lód? Dukaja. Lektura na długie miesiące. A teraz dodajcie do tego muzykę. Bateria starczy na 25 godzin słuchania. Może się okazać, że dla zatwardziałych miłośników literatury BeBook Club jest najlepszym towarzyszem. Czytasz gdzie i kiedy chcesz. Albo słuchasz audiobooków. Albo czytasz i słuchasz muzyki. Wszystko zależy od twojej fantazji. Ale pomyśl sam: czytać "Władcę Pierścieni" jednocześnie słuchając muzyki Hornera do filmu. Która biblioteka da ci taką możliwość? Twoja własna - BeBook Club.

 

A teraz powiedzcie sami: gdzie możemy mieć całą tę listę lektur ;)

 

 

 

Wszystko, czego nie znaleźliście w pudełku, a nie wiecie jak zapytać

Wszyscy je znamy: ciucholandy, sekądhędy, butiki wintidż i zwykłe lumpeksy. Ale jakie by nie były - znajdziesz w nich cuda: wiktoriański podręcznik pierwszej pomocy (wydanie z 1897 roku), minikuchenkę mikrofalową zasilaną z gniazda zapalniczki w aucie, wazonik z księżną Dianą, popielniczkę z kajzerem Wilhelmem, komplet damskich kijów do golfa dla mańkutów i lampę w kształcie butelki po płynie do płukania ust. No wszystko jest, tylko jednej rzeczy nie ma. Akcesoriów do iPhona 4G i iPoda touch 4G, których nie znaleźliście w oryginalnym opakowaniu.

 

Na wszelki wypadek nie pytajcie sprzedawców. Bo wam pokażą pierwszy lepszy portfel i wytłumaczą: tu se pan sianowny wytniesz okienko a nawet folyjke wstawisz, a do tych kieszonek to se pan przyszyjesz takie te i bedzie git.

 

Mniejsza o ?folyjke?. Ale gdzie u diabła chcecie kupić ?takie te??

 

A w iSource pełny wybór. Nie tylko folii, ale i różnych akcesoriów ze stajni Belkina, przygotowanych specjalnie dla najnowszych iPhonów i iPodów touch. I nic nie trzeba wycinać, ani szczególnie doszywać. Ale po kolei.

 

Nie ważne czy twoja czarno-srebrna piękność jest najbardziej odjechanym telefonem wszech czasów, czy może jedynym odtwarzaczem muzyki, który bije na głowę wszystkie przenośne konsole do gier. Ważne, że nagusieńka, sprawia wrażenie tak delikatnej, że w kieszeni spodni nie poradzi sobie ani z drobnymi ani z kluczami. Może więc spraw jej jedno z ubranek od Belkina - etui, które uchroni iPhona 4G i iPoda touch od rys, pyłu i brudu, a nawet zabezpieczy przy przypadkowym upadku. Możesz wybierać i dobierać: czarne, srebrne, białe, niebieskie, skórzane, silikonowe i z zupełnie kosmicznych elastomerów. I to z wzorkiem i bez. Wszystko zależy od potrzeb i fantazji. Na dobrą sprawę możesz przecież mieć kilka różnych etui. I dobierać je odpowiednio do potrzeb i okazji. Dyskretny czarny silikon, który świetnie leży w ręce - do biura. Kolorowy elastomer - na imprezę. A może skóra, ze świetnie wyprofilowaną podstawką, żeby na nowym, niesamowicie wyraźnym wyświetlaczu iPhone i iPoda touch, korzystającym z technologii Retina, można było oglądać wszystko jak na ekranie telewizora? Zobacz ofertę etui Belkina. Znajdziesz tam nie tyle ?coś? - ile wszystko, czego potrzebujesz.

 

Ale to nie wszystko. Jasne, że na ekranie iPhona i iPoda touch dobre kino będzie się nadal świetnie oglądało. A jeżeli wpadną znajomi? Belkin przygotował sprytny kabelek, który połączy twojego iPhona i iPoda Touch z megastycznym telewizorem, który kilka tygodni temu powiesiłeś na ścianie. Hm. Połączy go nawet z tym dwudziestoletnim trzeszczącym rzęchem, który trzymasz w garażu. Wystarczy, że ma wejścia audio i video.

 

Albo może zrób to samo z dowolnym zestawem stereo, tylko bez kabli. W końcu równie dobrze możesz przesłać ze swojego iPhona 4G lub nowego iPoda touch dźwięk przez odbiornik bluetooth ze stajni Belkina. Ba, wtedy to ty jesteś władcą muzyki z dowolnego miejsca w mieszkaniu.

 

Mało? No to jeszcze samochód. Tu Belkin ma sporo do powiedzenia. A właściwie sporo do powiedzenia ma twój iPhone 4G albo nowy iPod touch. Transmitery Belkina świetnie przechwycą ich dźwięk i skierują prosto do twojej nowiutkiej sonówy z ultrabasiorami. Ale jeżeli twój zestaw nagłaśniający w samochodzie jest rozsądnie tańszy od samego auta - te same transmitery poradzą sobie z nim równie dobrze. Wystarczy iPhone 4G albo iPod touch 4G, transmiter i gniazdo zapalniczki. I tyle. Reszta robi się niemal sama.

 

Nadał mało? To może jeszcze sprytne ładowarki Belkina. Te wpinane w gniazdko na ścianie i te montowane w gnieździe samochodowej zapalniczki. Zwłaszcza modele ze złączem USB A1 - które ładują iPhone 4G i iPoda touch szybciej, niż zwykłe ładowarki. Także o tych, którym trochę się spieszy.

 

To co, wracamy do lumpeksu? Tylko po co? W sklepie iSource znajdziecie wszystko, czego potrzeba waszym iPhone 4G i iPodom Touch. Belkin już pomyślał za was o wszystkim, czego nie znaleźliście w pudełku.

 

 

 

Mac Box Set: Potęga połączonych mocy

Taka okazja trafia się rzadko. Jedno niewielkie pudełko, a prawie jak kolekcjonerskie wydanie filmów braci Cohen. Co jedna płyta - to lepsza. W ofercie iSource pojawił się Mac Box Set - magiczne pudełko z Mac OS X 10.6, iLive '11 i iWork '09.

 

Mac OS X 10.6 jest jednym z najbardziej zaawansowanych, a jednocześnie przyjaznych użytkownikowi systemów operacyjnych. Potrafi doskonale współgrać z Windowsem i systemami opartymi na Linuxie na jednym i tym samym komputerze. Jest samodzielnym domowym centrum rozrywki, wygodnym i szybkim środowiskiem do pracy i zabawy. No i chyba jedynym systemem operacyjnym, dla którego codziennie pojawiają się dziesiątki dobrze napisanych darmowych aplikacji.

 

iLife 11 to kolejna odsłona niesamowitego kombajnu do zarządzania zdjęciami, produkcji domowych filmów wideo, muzyki, stron internetowych i tworzenia profesjonalnych płyt DVD z eleganckimi menu, podziałem na sceny i dodatkami.

 

iLife 11 sprawi, że kilkadziesiąt minut po każdej wycieczce będziecie mieli gotowy album ze zdjęciami, również gotowy do wydrukowania, slideshow, który następnie możecie połączyć z filmami, a na koniec stworzyć do swojej produkcji muzykę, przygotować profesjonalny zwiastun filmu i rozesłać go znajomym jako zaproszenie. A potem wystarczy już tylko słuchać wszystkich achów i ochów, i odpowiadać na pytania zachwyconych gości w stylu: stary, ty Hollywood do tego filmu wynająłeś?

 

Trzecim elementem Mac Box Set jest iWork '09 - rewelacyjny pakiet biurowy, świetnie zastępujący inne mniej lub bardziej kosztowne czy darmowe Office. To chyba jedyny pakiet dysponujący prawdziwie eleganckimi i estetycznymi wzorcami na każdą okazję. Nie ważne czy chodzi o zwykłe wypracowanie do szkoły, list gratulacyjny kancelarii prezydenta, czy ulotkę z informacją o rodzinnym festynie na osiedlu. Ze wszystkimi poradzi sobie doskonale. I wcale nie trzeba mieć hiper-zdolności plastycznych. Każdy potrafi wybrać sobie wzór, zmodyfikować go dla własnych potrzeb i wypełnić. Nawet dzieci będą chętniej odrabiały prace domowe w Pages. I jakoś tak same z siebie zaczną wydawać szkolną gazetkę.

 

W iWork '09 zmieszczono też Numbers - rewelacyjny arkusz kalkulacyjny, który potrafi zmienić podejście każdego księgowego do pracy w tabelach. Raport finansowy przygotowany w Numbers powali na kolana każdego prezesa. Zwłaszcza, kiedy dowie się, jak niewiele zapłacił za oprogramowanie, które spełnia zadania sporej pracowni graficznej. Bo taki raport, wraz z wykresami będzie przypominał naprawdę profesjonalną robotę, znaną z prospektów wielkich spółek giełdowych.

 

No i na koniec Keynote. Nic nie wywołuje tylu marketingowo-korporacyjnych 'WOW', co prezentacja wykonana w Keynote. Te eleganckie wzory, niewymuszone efekty animacji, możliwości prezentacji filmów, ruchu, dźwięków i manipulacji zdjęciami zachwycą najwybredniejszych.

 

Ale najlepsze jest to, że wszystko to razem, cała zawartość Mac Box Set, współpracuje ze sobą jak tryby w szwajcarskim zegarku. Dlatego tworzenie filmów z imprez rodzinnych, pokazów slajdów na wykłady, prezentacji do szkoły i dla firmy, to nie tylko świetna zabawa, ale i wyjątkowo szybka praca. Wasz Mac zrobi większość za was. Wystarczy, że dacie mu szansę. No i dzięki Mac Box Set będziecie mieli więcej czasu dla rodziny i znajomych. I więcej okazji, żeby wspólnie zobaczyć nowe domowe produkcje. Bo aplikacje z Mac Box Set będą was najnormalniej w świecie inspirować.

 

 

 

iLife '11: Potrójne uderzenie

Znacie te wieczory: pan domu mocuje się z odtwarzaczem DVD, żeby puścić gościom pokaz obrazków z wakacji. Szuka kabla, płyty i instrukcji grubości ostatniego tomu Harry'ego Pottera. Potem zmienia zdjęcia pstrykając raz za razem pilotem i objaśniając: a tu jesteśmy nad morzem; a tu góra była, tylko nie pamiętam jak się nazywa; a taki kwiatek rośnie przed hotelem... Znacie? I jakoś głupio się wymiksować przed sto-eśdziestym slajdem. Chyba, że potraficie udawać ostry atak wyrostka, albo wywołać u siebie na życzenie objawy beri-beri.

 

No to zróbcie znajomym małe obyczajowo-towarzyskie kuku. Wystarczy iLife '11, żeby pykanie zdjęć zamienić w ekscytujący i ekskluzywny pokaz przedpremierowy. Zaczynamy od zwiastuna. Nie potrzeba do niego filmów. Choć dziś ukręcenie kilku scen zwykłym aparatem cyfrowym to pestka. Przecież można zanimować zdjęcia w iPhoto. A potem wstawić je do zwiastuna. Będzie awangardowo, ale co tam. Zwłaszcza, że pod ten zwiastun zagra osobiście i w pełnym składzie London Symphony Orchestra. Dokładnie tak, jak pod największe produkcje ostatnich czasów. Fajnie? No jeszcze nie. iMovie podpowie jak zrobić dynamiczny zwiastun, przy którym część kinowych zapowiedzi będzie wyglądało jak szalupa przy transatlantyku. A całość zajmie tylko kilka chwil.

 

Podobnie jak produkcja samego filmu. Choćby miał być mieszanką zdjęć i krótkich scenek złapanych aparatem. Sceny niemal same się zestawiają, możesz dodać napisy, efekty specjalne, a nawet ustawić poziom dźwięku, żeby nie brzmiały jak tanie polskie produkcje z lat 80. Do tego dobry lektorski głos i jeszcze własna muzyka. W GarageBand jesteś w stanie zestawić ją w kilkanaście minut. A jeżeli grasz na gitarze - GarageBand oferuje ci jeszcze kilka efektów gitarowych, przygotowanych przez najlepszych dźwiękowców.

 

No jasne. Tylko zrobienie takiego filmu musi zająć kilka tygodni. Hm. A ile czasu chcesz utrzymać przed swoją plazmą gości? I żeby trzymało w napięciu, i skończyło się owacją na stojąco? Kilka tygodni? A może wystarczy jeden wieczór? Z nowym iMovie nawet grilla u cioci na działce zamienisz w Gwiezdne Wojny. No prawie. Ale przy odrobinie chęci może się udać. I zobaczysz, że nikt nagle nie zacznie symulować kolki, albo alergii na pyłki w środku zimy.

 

Ale to nie wszystko. Nie chcesz sadzać gości przed telewizorem? Pokaż im album. Prawdziwie profesjonalnie przygotowany. Dobór zdjęć, łamanie, dodatki graficzne... Ekskluzywny papier i oprawa... Czemu nie. iPhoto załatwi większość za ciebie. I zrobi to szybciej niż dowolne wydawnictwo. Pozostanie ci całość wydrukować i oprawić. A to dziś najmniejszy problem. No i skończą się problemy z prezentami na urodziny. Chcesz obdarować ojca? Zrób mu album ze wspólnego wędkowania. Matka ucieszy się z kwiatów, albo z wakacyjnych zdjęć. W iPhoto przygotujesz te albumy kilkoma kliknięciami. A ich wartość, poza tym, że powstały w bibliofilskim nakładzie 1-2 egzemplarzy, jest bezcenna.

 

Nowe iPhoto daje jeszcze kolejne możliwości. Nie tylko pozwala na oznaczanie twarzy, ale również na przypisywanie zdjęć do miejsc na mapie. Poza tym, wysyłanie zdjęć wreszcie staje się bajką. Zaznaczasz obrazki, wybierasz jedną z papeterii i już wysyłasz nie 5 zdjęć wsadzonych jedno pod drugie, ale całkiem fachowego emaila, jakiego nie powstydziłby się żaden magazyn ilustrowany, taki jak amerykański Life.Bez potrzeby odpalania klienta poczty. Tak bezpośrednio z iPhoto. Jeżeli kiedykolwiek mieliście okazję coś w iPhoto zrobić, teraz docenicie nowe możliwości. Jeżeli nie - może pora wypróbować.

 

No i jeszcze GarageBand. Cudowny kombajn do amatorskiego tworzenia muzyki na różnych instrumentach. Teraz to również nauczyciel i dźwiękowiec w jednym. Możesz skorzystać z lekcji gry na fortepianie lub gitarze, a jeżeli już potrafisz, możesz zaprząc GarageBand do pracy nad muzyką do swoich pokazów zdjęć czy filmów. Negocjacje z tą elektroniczną orkiestrą są łatwiejsze niż z dowolnym zespołem. Ty mówisz, GarageBand robi. I robi dobrze, pozwala na korekcję błędów na gotowych ścieżkach dźwiękowych. Nie musisz grać kawałka piętnasty raz, tylko dlatego, że bas się spóźnia. A poza tym możesz skorzystać z efektów gitarowych, jakich nie powstydzi się żadne studio nagrań. Ty wybierasz, ty tworzysz i ty nagrywasz.

 

iLife '11 to nowe możliwości i nowy styl. Sami szybko zorientujecie się, że ten zestaw może więcej, niż wytwórnia filmowa czy wydawnictwa książkowe i muzyczne. I robi to szybciej, niż one. A jak się już zorientujecie, zacznijcie się umawiać ze znajomymi na pokazy zdjęć i filmów. Opadną im szczęki.

 

 

 

Nowy MacBook Air w dwóch rozmiarach już w Polsce

Zaledwie kilka dni po światowej premierze nowy Apple MacBook Air - najbardziej przenośny laptop na rynku jest dostępny w Polsce, w ofercie iSource.

 

Dwa nowe modele Apple MacBook Air zaprezentowano podczas specjalnego pokazu w środę, 20 października. Dziś oba nowe modele z ekranami o przekątnych 11.6 i 13,3 cala są dostępne w Polsce.

 

Bez względu na wybór oba nowe modele oferują szybkość dzięki procesorom Intel Core 2 Duo i wydajnym kartom graficznym Nvidia GeForce 320M. To pierwsze tak lekkie i tak niewielkie laptopy na polskim rynku, które oferują funkcjonalność komputera w rozmiarach i wadze netbooka. Mają nad netbookami jeszcze jedną przewagę: Wytrzymałą aluminiową obudowę typu unibody, świetnie zabezpieczającą komputer przed uszkodzeniami.

 

Dzięki zastosowaniu nowych technologii w MacBookach Air znalazło się miejsce dla dwóch portów USB 2.0, Mini Display Port a w modelu 13 cali również dla czytnika kart pamięci SD, co czyni go idealnym laptopem dla fotoreporterów, globtroterów, archeologów, pośredników w obrocie nieruchomościami i wszystkich pracujących z aparatami i kamerami w terenie.

 

Oba modele wyposażono w energooszczędną pamięć flash o pojemności do 256 GB, taką samą, jaką zastosowano w iPadach. To już nawet nie jest dysk typu Solid State Drive, ale moduły pamięci, przypominające bardziej karty pamięci do aparatu, pozwalające na szybszy dostęp do danych niż dowolny dysk mechaniczny.

 

Nowe MacBooki Air mają też pełnowymiarową klawiaturę i duży szklany multidotykowy touchpad, pozwalający na wygodną pracę przy wykorzystaniu wszystkich palców. No i wymiary, które czynią je bezkonkurencyjnymi na rynku. Apple MacBook Air w wersji 11 cali jest tylko o niespełna 5 cm dłuższy i 1 cm szerszy, od standardowych modeli netbooków. Jednocześnie nawet w podstawowej wersji pozostają daleko silniejsze i sprawniejsze od mniejszych kolegów. Między innymi za sprawą grafiki Nvidia GeForce 320M ze współdzieloną pamięcią 256 MB, która pozwala nie tylko na świetne wykorzystanie wyświetlacza w wielu rozdzielczościach, ale też na podłączenie przez Mini Display Port i adaptery naprawdę zaawansowanych monitorów czy telewizorów HD.

 

Przy zachowaniu wysokich parametrów pracy udało się również oszczędzić pobór energii. Ciasna obudowa mieści wydajną baterię, która nie narusza geometrii MacBooka Air. Model 11-calowy może pracować w bezprzewodowej sieci do 5 godzin non stop. Model 13-calowy do 7. Baterie obu wystarczają na 30 dni czuwania. Długi czas pracy to m.in. wynik zastosowania pamięci flash i podświetlenia ekranu w energooszczędnej technologii LED.

 

Nowe MacBooki Air przychodzą z wciąż rewelacyjnym systemem Mac OS X 10.6 Snow Leopard i najnowszym pakietem iLife, zawierającym nowe wersje iPhoto, iMovie oraz GarageBand. Nowością w pudełku jest pendrive z pakietem reinstalacyjnym oprogramowania.

 

Nowe MacBooki Air pracują w czterech szybkościach procesora: 1,4 i 1,6 GHz w modelach 11 cali i 1,86 oraz 2,13 GHz w modelach 13 cali. Ich standardowy 2 GB RAM można opcjonalnie wymienić na 4 GB DDR3. Wszystkie standardowo korzystają z sieci bezprzewodowej i bluetooth. Wszystkie też wyposażono w kamery FaceTime, głośniki stereo i wbudowane mikrofony.

 

Mimo rozmiarów, nowego MacBooka Air trudno porównywać z tanimi netbookami o ograniczonej wydajności. To rasowy laptop - czyli przenośny komputer, od którego można wymagać pracy niemal w dowolnych warunkach. Jest tylko tak mały i lekki jak netbook. Potrafi znacznie więcej.

 

 

 

Spraw sobie Maca z woreczkiem czystości

Ale się zimno zrobiło. Fakt, rok temu o tej samej porze padał deszcz ze śniegiem i można było zacząć puszczać Jingle Bells i Kevina samego w domu. Albo w Nowym Jorku. I co? I jak już się podświadomie czuje oddech świętego Mikołaja na karku i zapach świątecznego ciasta, człowiek zaczyna się nerwowo rozglądać wokół siebie i myśleć: a może by tak posprzątać...

 

Nie, żeby zaraz trzepać dywany, albo myć okna. Nie. Może kurz z klawiatury zetrzeć... Albo w ogóle jakoś ją oczyścić... I ekran też... Wszystkie te wspomnienia po kanapkach przy pracy, pizzy przy czatowaniu, napojach chłodzących w czasie surfingu i popcornie podczas seansów filmowych - tak normalnie wziąć i zetrzeć?

 

Albo sprawić sobie nowy komputer: MacBooka, MacBooka Pro, Maca mini albo iMaca. Z tym świetnym ekranem glossy, na którym czarny wygląda jak czarny, a nie jak wypadkowa pomyj z obiadu z czyszczeniem komina. Zaraz, zaraz, ekran glossy... To ten, na którym widać nie tylko każdy szczegół obrazu, ale i każdy ślad palca, każdy pyłek, a jak to laptop, to jeszcze wszystkie, wytłuszczone palcami klawisze.

 

Albo nie. Bo tym razem do MacBooka, MacBooka Pro, Maca mini albo iMaca dostaniesz coś anty. Antyplamowego, antytłuszopalcowego, anty ?ze-śmiechu-poplułem-kawą-cały-wyświetlacz?. Generalnie antybrudowego. Ba, nagle zorientujesz się, że utrzymanie ekranu i klawiatury w czystości zajmuje mniej czasu, niż mycie rąk.

 

Tylko niech cię to nie zmyli. Ręce zawsze warto umyć. A użyć dowolnego produktu AM Denmark z oferty iSource można zawsze. Wyobraź sobie, że twój Mac ma na wyposażeniu nie tylko zasilacz, ale i sprytną butelkę płynu do czyszczenia, razem z odpowiednią gąbką. Bo butelka jest jednocześnie uchwytem do gąbki. Koniec z poszukiwaniem odpowiednio miękkiej ściereczki, albo narzekaniem, że papier toaletowy zostawia na wyświetlaczu jakieś kłaki. Wyciągasz coś, co w sumie przypomina elegancką wodę toaletową pryskasz, przeciągasz gąbką i po robocie. Gdyby producenci płynów do podłóg czy okien wpadli na taki pomysł, mógłbyś robić świąteczne sprzątanie co tydzień.

 

A najfajniejsze jest to, że tych buteleczek z gąbkami sobie nie pomylisz. Gąbki do ekranów są płaskie, gąbki do klawiatur mają specjalny profil, który może nie wygarnie z klawiatury śniadań z ostatniego półrocza, ale na pewno nie zostawi na klawiszach śladu tłustych palców. To taki drobiazg. Ale cieszy.

 

Zwłaszcza, że tym razem ten zestaw czystości przychodzi zupełnie za darmo razem z nowym Makiem. I jeżeli kiedykolwiek zastanawiałeś się, czy warto od nowa uczyć się czystości - stanowczo warto. Szybko poczujesz różnicę.

 

A jeżeli już masz nowego Maca i nie załapałeś się na promocję, nic straconego. Czyściki AM Denmark znajdziesz w sklepie iSource. Naprawdę warto spróbować..

 

 

 

Ręce przy sobie, czyli pojedynek z klawiszami

Wszyscy już znają iPada. Nawet ci co nie mieli go nigdy w rękach, znają iPada. Nawet ci, co nigdy nie zamierzają go mieć w rękach i wyśmiewają, jako rzecz kompletnie bezużyteczną - też znają iPada. I jak go dostaną w prezencie, po dwóch tygodniach nie będą się w stanie bez niego obyć.

 

No chyba, że dużo piszą. Bo oglądanie filmów, przeglądanie internetu, czytanie gazet on-line i książek, poczta i jeszcze wiele innych rzeczy, bez których każdy człowiek świetnie się obywa, ale które stały się niezbędne do funkcjonowania - to wszystko mieści się w iPadzie. Tylko nie możliwość wygodnego pisania długich tekstów.

 

No dobrze. iPad ma klawiaturę. No ma. Wyświetla się na ekranie. Widzicie siebie, pukających pięćset razy w ekranową spację, żeby zrobić duuuuuuży odstęp? Nie? A może przyzwyczajeni do twardych klawiatur na biurku, będziecie delikatnie dotykać ekranu iPada? No jasne, że nie. Walimy w te klawiatury, jakby były winne, że w ogóle trzeba ich używać. Biedne. Ten multidotykowy ekran iPada może nie starczyć na napisanie nie tylko wszystkich części Harrego Pottera, ale nawet na pojedynczą ?Ziemię obiecaną?. Choć szkolne wypracowanie może i wytrzyma. Byle bez lania wody.

 

No to jest rada. Macally, zawsze nieoceniona, jeżeli chodzi o wymyślanie kolejnych niezbędnych dodatków do urządzeń ze stajni Apple wymyśliła: klawiaturę bluetooth, która świetnie pasuje do iPada, iPhone i iPoda Touch. Rzecz genialna w swojej prostocie. Klawiatura tak mała, by nie było problemu z jej włożeniem do torby, a jednocześnie tak duża, że pozwala wygodnie pisać. Nawet tym, którzy są przyzwyczajeni do zajmujących pół pokoju, rozległych, panoramicznych wręcz klawiatur. Jasne, że nie ma fafnastu klawiszy dedykowanych do poczty, przeglądarki internetowej i gry w FarmMafia czy co tam. Ma za to kompletnie odjechaną pokrywkę. Tak. To klawiatura z pokrywką. A sam pokrywka to wygodna podstawka pod iPada, iPhona czy iPoda Touch.

 

Działa bezbłędnie. Zdejmujesz pokrywkę, stawiasz w niej iPada, w kilkanaście sekund parujesz do niego klawiaturę i tadam - działa. Spróbuj zrobić to samo z innymi urządzeniami. no i inne klawiatury nie mają sprytnego przycisku, który pozwala je rozłączyć i połączyć z powrotem, kiedy akurat wolisz korzystać z klawiatury ekranowej. Taka mała rzecz, a cieszy.

 

I oczywiście każdy może mówić, że kolejna klawiatura bluetooth mu kompletnie nie potrzebna. OK. O jakich klawiaturach mówimy? Nawet ta mała plaskata klawiatura Apple wyda się przeładowanym gigantem. No i pokażcie klawiaturę, która będzie też podstawką, trzymającą iPada w pozycji wygodnie odchylonego ekranu laptopa.

 

I nagle okaże się, że nie trzeba mieć dwóch rzeczy: iPada - bo w sumie każdy chce mieć, tylko nie każdy chce się przyznać, i dowolnego laptopa - żeby mieć na czym wygodnie pisać. Wystarczy iPad i sprytna klawiaturka bluetooth Macally. Takie ?zrób-to-sam?. Tylko bez potrzeby używania sklejki i butaprenu.

 

A jak się już przyzwyczaicie, to ta sama klawiatura świetnie dogaduje się z każdym domowym pecetem czy makiem. I może się okazać, że wystarczy ta jedna, żeby wszystkimi rządzić. Choć oczywiście każdy może mieć pomysł, żeby raz na jakiś czas przesiąść się na swoją hipermegawypasioną klawiaturę ze scrollkółkiem i megastycznymi klawiszami dodatkowymi. Z tym, że one przy kolejnym pisaniu okażą się bezużyteczne.

 

 

 

Zrób to sam, czyli jak zmienić iPada w laptop

Apple nakręca w dziwny sposób. Najpierw wypuszcza coś, co wszystkim wydaje się absolutnie zbędne, a po miesiącu staje się absolutnie niezbędne, a potem nakręca wszystkich na zakupy. Poważnie. Wystarczy spojrzeć na iPada.

 

Kupić iPada - żaden problem. No ale jak to tak. Sam iPad? Tylko z zasilaczem? A torby, pokrowce, ładowarki samochodowe, podstawki, etui, te designerskie i całkiem użytkowe? I jeszcze kilka innych rzeczy, które można mieć. Jak na przykład zestaw zrób-to-sam do zamiany iPada w komputer. Bo w sumie czemu nie...

 

Ten zestaw to zresztą całkiem niezły pomysł i całkiem pod ręką, bo w sklepie iSource. Masz iPada, chcesz go używać jak laptopa. Brak tylko czegoś co by trzymało hmmm... ekran we względnym pionie. Albo chociaż jakoś na sztorc. To kupujesz klawiaturę bluetooth Macally razem z podstawką. Wszystko świetnie do siebie pasuje. iPad stoi jak powinien stać, klawiatura działa jak klawiatura. Ba, w ten sam sposób możesz zamienić w komputer iPoda Touch albo iPhone. Też działa.

 

Ten zestaw to zresztą całkiem niezły pomysł i całkiem pod ręką, bo w sklepie iSource. Masz iPada, chcesz go używać jak laptopa. Brak tylko czegoś co by trzymało hmmm... ekran we względnym pionie. Albo chociaż jakoś na sztorc. To kupujesz klawiaturę bluetooth Macally razem z podstawką. Wszystko świetnie do siebie pasuje. iPad stoi jak powinien stać, klawiatura działa jak klawiatura. Ba, w ten sam sposób możesz zamienić w komputer iPoda Touch albo iPhone. Też działa.

 

Ale to tylko jeden przykład. Bo swojemu (albo cudzemu) iPadowi możesz zrobić naprawdę wiele prezentów. Choćby trochę odjechane i niepoważne etui z karpiami koji (Ed Hardy). Albo zupełnie poważne i biznesowe skórzane okładki Aligata. Albo absolutnie oldschoolową i dzięki temu absolutnie bezpieczną skórzaną kopertę Belkin na iPada. Taką zamykaną na guzik i gumkę. Żaden złodziej elektroniki się nie domyśli, że w środku może być jego mroczny przedmiot pożądania.

 

I można tak wymieniać i wymieniać. Bo pokrowców i etui znajdziesz sporo. Możesz nawet mieć kilka. Jedno do miasta, inne na offroad, a jeszcze inne do samolotu (na szczęście etui Belkin Vue Sleeve z oferty iSource ma dodatkową kieszeń, gdzie można upchnąć nadbagaż, i nikt tego na lotnisku nie zważy).

 

A do tego jeszcze dochodzą ładowarki. Samochodowe - bo to warto mieć - naładują nie tylko iPada, ale też kilka innych urządzeń. A wygodna ładowarka sieciowa Dual USB Macally potrafi na przykład jednocześnie ładować iPada i baterie w aparacie. Albo iPoda. Albo cokolwiek co możesz ładować przez USB.

 

Ale i tak wszystkie te dodatki do iPada bije niepozorny PenPal - rysik z gumową końcówką, którym możesz obsługiwać ekran iPada. Nie rysuje i nie zostawia śladów na wyświetlaczu tak jak palce. Co prawda nie jest jakoś szczególnie multidotykowy, ale za to możesz sobie zupełnie poważnie postukiwać nim o iPada, jak długopisem o podkładkę pod dokumenty.

 

A tak zupełnie szczerze - jeżeli chcesz sprawdzić co możesz kupić iPodowi, sprawdź sklep iSource. Wybór jest spory. Nawet jak nie zamierzasz nic kupować - zwyczajnie zerknij. Tak bez namawiania. Ale zakup iPada to dopiero początek.

 

 

 

Zabawa ze złodziejem, czyli świat według Crumplera

Kupowaliście kiedyś torbę na komputer? I do wyboru mieliście tylko czarne albo... czarne. Ewentualnie szare. Albo coś, co przypomina ceratę na stole u bardzo oszczędnej ciotki. Najczęściej były to tradycyjne notebookowe teczydła z cordury, odporne na zmasowany atak rakietowy, albo równie czarne plecaki, które zaraz po zakupie zalatują wonią magazynu wojsk przeciwchemicznych. Pod warunkiem, że nie trafiliście na Crumplera. Dowolnego. Nie ważne czy to będzie pokrowiec na iPada, etui do iPoda czy jedna z tych toreb, o których można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że są na komputer.

 

Poważnie. Odrobina zmysłu designerskiego potrafi zdziałać cuda. Żaden złodziej na Centralnym czy w intercity nie pomyśli nawet, że Crumpler Dentist's Wife może mieć w środku komputer. Albo Crumpler Russian King. Już prędzej uwierzy, że znajdzie tam bursztynową komnatę i pluton antyterrorystów. A to dopiero początek przygody z Crumplerem. Bo wybierać można nie tylko w modelach, ale i przeznaczeniu. Pokrowce i etui na iPady, laptopy czy iPody - dosłownie do wyboru, do koloru. Wszystkie zrobione solidnie jak radziecka maszynka do mięsa, wytrzymująca wybuch elektrowni atomowej, a jednocześnie z klasą krawców z Savile Row. No może nie w ich stylu. Bo torby, pokrowce i etui Crumplera są dokładnie tym wszystkim, o czym nie myślicie - myśląc o czymś "na komputer" czy "na iPoda".

 

Naprawdę niewiele w świecie opakowań na sprzęt elektroniczny rozwiązań takich jak w produktach Crumplera. Mylą nie tylko złodziei, ale nawet służby bezpieczeństwa na lotniskach. Oczywiście do czasu prześwietlenia torby i komputera. To żart. No prawie. Ale w końcu czemu nie spróbować. Kto z waszych kolegów tak miał? Jeżeli twierdzą, że mieli, obejrzyjcie ich torba na laptopy. Ci, co mają czarne teczki - zmyślają. W gruncie rzeczy te służby na lotnisku powinny zwracać większą uwagę na facetów w garniturach z nudnymi torbami. To oni są śmiertelnym zagrożeniem. Mogą w trakcie lotu usiłować opowiedzieć dowcip.

 

To też żart. Ale spójrzcie sami na pokrowce, etui i torby Crumplera. Są jak wielki transparent: Mam dystans do siebie i do świata i uśmiecham się bo lubię. A z drugiej strony można je świetnie dopasować. Nawet do korporacyjnych mundurków. I w całej korpo-szarości również zademonstrują niezależność. Chyba nawet lepiej niż portret Che Guevary na ekranie komputera. Taki drobiazg.

 

A najlepsze jest to, że wreszcie wszystkie te cuda od Crumplera są dostępne od ręki w iSource. Koniec zamawiania i czekania na przesyłkę. Idziesz - płacisz - masz. I możesz spokojnie świecić w oczy kolegom nowym pokrowcem na laptopa. Ba, możesz ze spokojnym sumieniem zaprowadzić do sklepu dowolną kobietę, żeby kupiła sobie "torbę na komputer". Nawet jeżeli zwariuje - to tylko z nadmiaru do wyboru.

 

 

 

iSource mecenasem sztuki

Od początku działalności iSource wspiera edukację. W ofercie firmy stale obecne są zniżki dla uczniów i studentów na produkty Apple, a także oferty specjalne dla instytucji edukacyjnych. iSource docenia też rolę sztuki w edukacji i przekazuje w darze Akademii Leona Koźmińskiego zbiór fotografii znanego artysty fotografika Krzysztofa Gierałtowskiego.

 

"Komputer Mac obdarzył mnie drobną ręką krasnoludka, pozwalającą ingerować w detale obrazu, dlatego dzięki Macintoshom technologia stała się przyjacielem sztuki." - uważa artysta.

 

Bibliofilska Teka „Indywidualności Polskie” - zbiór portretów wybitnych postaci kultury, sztuki i polityki - autorstwa Krzysztofa Gierałtowskiego trafi do Akademii Leona Koźmińskiego jako dar iSource. Symboliczne przekazanie Teki nastąpi 8 października, podczas inauguracji roku akademickiego. Wtedy też w Akademii zostanie otwarta wystawa portretów zawartych w Tece.

 

Teka „Indywidualności Polskie” to 44 fotografie Krzysztofa Gierałtowskiego. Powstała z inicjatywy Muzeum Historii Fotografii w Krakowie, pod patronatem Biblioteki Narodowej. Jest to pierwsza w powojennych dziejach polskiej fotografii artystycznej opublikowana teka fotograficzna. Pod względem dbałości o wysoki artystyczny poziom zdjęć i staranność wykonania nawiązuje ona do znakomitych wzorców - dziewiętnastowiecznych albumów fotograficznych Karola Beyera czy międzywojennych autorskich tek Jana Bułhaka. Jest to również pierwsza po wojnie bibliofilska, kolekcjonerska teka fotograficzna wydana w jakości archiwalnej, tzn. gwarantującej jej wieloletnią trwałość i przechowywanie w stanie niezmienionym pod wpływem upływu czasu.

 

Teka jest wyjątkowa nie tylko ze względu na portrety, na których obok Jana Pawła II znaleźli się m.in. Piotr Skrzynecki, Kalina Jędrusik, młody Jan Sawka, Krzysztof Kieślowski, Nina Andrycz, prof. Kazimierz Michałowski, Zbigniew Zapasiewicz, Franciszek Starowieyski czy Gustaw Herling-Grudziński i wielu, wielu innych znanych Polaków. Trudno jednak mówić, że to tylko twarze znanych. To zapis półwiecza polskiej kultury. Nie tylko w pooranych zmęczeniem twarzach, czasem przerysowanych obiektywem, światłem i kontrastową czernią, ale również w zapiskach samego autora, które towarzyszą każdej fotografii. Bo każda powstawała w wyniku ciężkiej pracy, jako impuls chwili. Tyle ile trwa kliknięcie migawki.

 

Ten niecodzienny zapis historii naszych czasów będzie można podziwiać w Akademii Leona Koźmińskiego już od 8 października, dzięki iSource. A Teka trafi do archiwum uczelni.

 

"Dzisiaj technologia, która wydawać by się mogła dziedziną od sztuki oddaloną, staje się jej sprzymierzeńcem. Dzięki rozwiązaniom, jakie oferuje iSource- komputerom Mac, możliwe jest tworzenie dzieł doskonałych w najmniejszym nawet detalu. Cieszymy się, że firma iSource może podarować tekę "Indywidualności Polskie" właśnie tej uczelni, która cieszy się uznaniem na skalę światową, spod skrzydeł której wychodzą wybitne jednostki, liderzy zmian i innowacji." - mówi Dariusz Grądek, prezes firmy iSource S.A.

 

Krzysztof Gierałtowski urodził się 10 sierpnia 1938 roku w Warszawie. Studiował w Akademii Medycznej w Gdańsku (1956-58) i w Warszawie (1958-60) oraz w łódzkiej Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej i Filmowej (1961-64). Fotografuje od 1961, wystawia od 1963 roku. Dla potrzeb prasy i wydawnictw fotografował modę, reklamę, był autorem reportaży z zakładów przemysłowych i wielkich budów. W latach 1967-73 był stałym współpracownikiem miesięcznika "Ty i Ja", 1971-72 - tygodnika "Perspektywy", 1977-78 - tygodnika "Razem", 1978-81 - tygodnika "ITD". Członek Rady Artystycznej kwartalnika "6x9 Fotografia" (1991-93). Przez cztery lata (1994-98) współpracował z miesięcznikiem "Twój Styl". Od 1996 roku prowadzi Galerię / Studio Gierałtowskiego. Realizował kampanie reklamowe w Polsce i Europie Zachodniej. Członek Związku Polskich Artystów Fotografików ZPAF i Stowarzyszenie Autorów ZAIKS. Członek-korespondent Niemieckiego Towarzystwa Fotograficznego DGPh.

 

 

 

Mistrzostwo w rzucie z dysku

Każdy, kto już wydał kilka tysięcy na gigantyczny telewizor plazmowy, zajmujący pół ściany i dający się oglądać jedynie z okien bloku naprzeciwko, kombinuje co by tu do niego podpiąć. Nie macie tak? Każdy ma.

 

No i zaczyna się kupowanie kabelków do komputera. Albo poszukiwanie samego komputera, wystarczająco małego i eleganckiego, żeby nie wyglądał obok tego błyszczącego pokładu lotniskowca jak przyczepa na obornik. A można inaczej.

 

Taki na przykład Iomega Screenplay Plus Multimedia Drive - skrzyżowanie twardego dysku z odtwarzaczem. Łatwo go przypiąć do telewizora, świetnie się maskuje w swojej czarnej obudowie (chyba, że macie białe meble), ba, można nim sterować z pomocą pilota. Pod maską kryje dysk 500 GB, zdolny pomieścić do 125 tys. piosenek, 200 tys. zdjęć, 193 godzin filmów, albo 60 godzin filmów HD. Mniejsza o HD. Ale policzcie sobie, ile zimowych wieczorów zajmie wam obejrzenie 193 godzin filmów. Albo 200 tys. zdjęć. Oczywiście jeżeli uda wam się tyle zdjęć uzbierać.

 

No i jest jeszcze coś, o czym zwykle się zapomina. Komputer przypięty do telewizora plazmowego jest fajny, choć wygląda jak kosz na śmieci w sali balowej. Ale co będzie, jeżeli będziecie chcieli skorzystać z samego komputera? Też na tym telewizorze? Powodzenia. Naprawdę lepiej użyć Iomega Screenplay Plus Multimedia Drive. W końcu wasz komputer nie może służyć do wszystkiego. Dajcie mu kiedyś odpocząć.

 

A kiedy już zdecydujecie się zaprosić Iomega Screenplay Plus Multimedia Drive do domu, to zorientujecie się, że to chyba jedyny odtwarzacz, który jest chroniony niemal jak pałac prezydencki. Możecie sobie do niego dociągnąć z sieci pakiet bezpieczeństwa przygotowany przez Iomega: Retrospect Express HD, Retrospect Express, McAfee Anti-virus, Iomega QuikProtect no i dostajecie dostęp do darmowego backupu 2GB on-line w MozyHome. No to pokażcie teraz odtwarzacz multimedialny, który w ten sposób chroni swoją zawartość.

 

A, na koniec ważne, choć może nie najważniejsze. Jak już załadujecie wszystkie swoje filmy, zdjęcia i muzykę na Iomega Screenplay Plus Multimedia Drive, to postarajcie się o licencję pilota. Bo w końcu to odtwarzacz. Czyli można go obsługiwać pilotem, bez konieczności ruszania się z kanapy. Tak, niektóre komputery też tak mają. Ale to już zupełnie inna historia.

 

 

 

Najwyższy stopień bezpieczeństwa: etui i folie Macally dla iPoda touch 4. generacji

Widzieliście już nowego iPoda touch 4. generacji? Jest kompletnie odlotowy. Zwłaszcza z wbudowanymi kamerami. No dobrze. Nie każdy i nie wszędzie znajdzie sieć WiFi wystarczająco szybką, żeby udźwignąć wideorozmowę. Za to każdy znajdzie czas i wystarczającą ilość rąk, żeby zrobić film z grilla na działce a nawet od razu go zmontować. I jeszcze obejrzeć na nowym, absolutnie ostrym i wyraźnym wyświetlaczu Retina. A jeszcze więcej czasu znajdzie, żeby zamartwiać się o stan tego wyświetlacza.

 

Bo w końcu co to jest iPod touch? To bez względu na wszystkie inne przymioty i właściwości urządzenie najczęściej atakowane przez zawartość naszych kieszeni, toreb i plecaków. Nie wszyscy producenci nauczyli się umieszczać odpowiednie kieszonki „iPod only” w swoich spodniach, kurtkach i innych wyrobach, do których zwykle iPod touch trafia.

 

Ale nie ma tego złego, co by nie wyszło na dobre. Takie choćby folie i etui dla iPoda touch ze stajni Macally. Wytrzymałe i zabezpieczające iPoda nawet przed agresją ze strony pęku kluczy czy garści drobnych w kieszeni dżinsów Folie - w tym lustrzana i odporna na ślady odcisków palców znakomicie zabezpieczają ekran przed zarysowaniem. Świetnie się dopasowują do jego kształtu. No i łatwo je zmienić, albo zdjąć, gdyby z jakiegoś powodu przestały być potrzebne.

 

A skoro już zabezpieczyliście ekran, może iść o krok dalej i załadować iPoda touch 4. generacji do specjalnie zaprojektowanego etui Macally? Wybór spory. Od pasujących nawet do garnituru czarnych silikonowych Msuit, poprzez twardą serię Metro, sprawdzającą się nawet w porannym ścisku w środkach komunikacji i korporacyjnych windach, aż po Kickstand - czyli to, o czym projektując iPoda touch zapomniano - etui z wysuwaną nóżką, które pozwoli zamienić iPoda Touch w stabilną ramkę na zdjęcie, wygodny czytnik e-książek albo miniaturowy telewizor. Nieźle pomyślane.

 

A może po prostu elastyczne silikonowe etui Flexfit? Poczujecie szybko, że iPod touch najnormalniej przyrasta w nim do ręki. Nie ma mowy o przypadkowym wysunięciu się. Nie ma też mowy o mniej przypadkowym wyrwaniu. Choćby przez małoletniego entuzjastę cudzej techniki.

 

A może po prostu elastyczne silikonowe etui Flexfit? Poczujecie szybko, że iPod touch najnormalniej przyrasta w nim do ręki. Nie ma mowy o przypadkowym wysunięciu się. Nie ma też mowy o mniej przypadkowym wyrwaniu. Choćby przez małoletniego entuzjastę cudzej techniki.

 

INo i świetnie ochroni przed rozszalałymi w torbie kluczami. Albo agresywnymi dwuzłotówkami w kieszeni. Z inną walutą radzi sobie równie dobrze.

 

 

 

Horyzont ma 2560 punktów, czyli oczy nie wychodzą za uszy

Pamiętacie stare westerny? Reklamowali je jako szerokoekranowe. I jak ktoś miał życiowego pecha, to ostatnie bilety w kinie były wyłącznie na miejsca w pierwszym rzędzie. W takiej sytuacji oglądanie Winnetou w Dolinie Węży to było poświęcenie graniczące ze sportem ekstremalnym. Najzwyczajniej oczy trzeba było mieć za uszami. i to na słupkach, żeby ogarnąć całość akcji na ekranie.

 

No dobrze, to teraz zapnijcie pasy. Przed wami monitor Apple LED Cinema Display 27”. DWADZIEŚCIASIEDEMCALI! Wielki tył TIR-a wiszący jakieś 75 cm od waszej twarzy. I nie pytajcie, dlaczego prawą stopą odruchowo szukacie hamulca.

 

Koniec straszenia. Tak naprawdę to jeden wielki kawał elektroniki zapakowany do naprawdę małego rozmiaru. Pomyślcie tylko. iMac 27 cali jest dwa razy grubszy. Tu macie tego samego iMaca. Tyle, że bez iMaca. Bo można go przypiąć do dowolnego komputera. Pod warunkiem, że ma złącze Mini DisplayPort. Przypniecie go do Maca mini, dowolnego przenośnego Maca i do iMaca. Jako drugi wyświetlacz. Po co do iMaca? Bo na dodatkowym monitorze dostaniecie dodatkowe miejsce do pracy.

 

Ale szczerze mówiąc, pokażcie monitor, który pobiera tak mało energii. Raptem 85 watów. I jeszcze z tego potrafi zasilać porty USB, kamerę, mikrofon i głośniki. Dowolny inny zestaw komputera z monitorem skasuje was na jakieś 300 watów i więcej. To w sumie taka zielona dygresja. Ale warta przemyślenia.

 

A jak już mowa o wbudowanych w Apple LED Cinema Display 27” kamerze, mikrofonie i głośnikach... Policzcie dobrze. Ile będzie kosztowało wyposażenie komputera w kamerę, mikrofon i system głośników. Ile? No trochę będzie. A tu TADAM wszystkie potrzebne rzeczy poskładane do kupy i jeszcze opakowane w całkiem przyzwoity design.

 

Mniejsza z tym. Wystarczy sobie wyobrazić, jak 27calowy wyświetlacz LED zmieni każdemu podejście do pracy. Bo to nie prawda, że wielki displej powoduje genetyczne zmiany w postaci gałek ocznych wycofujących się za uszy. Za to pomaga na nowo zrozumieć pracę, komunikację, rozrywkę. Bo przy rozdzielczości 2560 x 1440 piksele zawsze zostaje tyle miejsca, żeby otworzyć kolejne okno. Komunikator, okienko tv, okienko filmu, program roboczy? Cokolwiek. Wystarczy, żeby przedefiniować swoją pracę na monitorze.

 

I nagle orientujesz się, że ten wielki tył TIR-a jest całkiem przyjazny. Nawet 75 cm przed oczyma. A jak już chcesz oglądać na nim film, to po prostu odsuwasz fotel. Na całą szerokość pokoju. Bo dopiero wtedy poczujesz prawdziwą moc.

 

Choć akurat oglądanie filmów- to ostatnia rzecz, o której ktoś pomyślał, tworząc Apple LCD Cinema Display 27”.

 

 

 

Apple LED Cinema Display 24 cale - ostre spojrzenie na przyszłość

To ostatnia szansa, żeby za stosunkowo niewielkie pieniądze sprawić sobie iMaca bez iMaca. Poważnie. Wystarczy, że masz Macbooka, Macbooka Air albo Macbooka Pro, a możesz szybko przerobić go na stacjonarny komputer. Oczywiście na tak długo, jak będziesz potrzebował. Potem znów zmieni się w przenośny.

 

Wystarczy do tego Apple LED Cinema Display 24 cale - świetny płaski, energooszczędny dzięki technologii LED monitor, który nie zajmie zbyt wiele miejsca na biurku, a da każdemu poczucie pracy na całkiem sporym iMacu. Zwłaszcza, że Apple LED Cinema Display 24 cale jest wyposażony we wbudowaną kamerę iSight i mikrofon.

 

Nic prostszego, niż postawić przenośny komputer pod 24-calowym Apple LED Cinema Display, połączyć kabelki i - tadam - działa. A najlepsze jest to, że ten cieńszy od iMaca monitor można podłączyć również do innych komputerów, dzięki przelotkom (w ofercie bludot.pl), albo do zupełnie nieprzenośnych iMaców, MacPro, o Mac mini nie wspominając.

 

A jeżeli do tej pory nie mieliście szansy na kontakt z takim monitorem - nie bójcie się. W normalnej pracy nie powoduje zeza rozbieżnego. Za to pozwala poukładać wszystkie okienka aplikacji tak, by zawsze były pod ręką. Za to filmy i teledyski będziecie musieli oglądać z drugiego końca pokoju. Będą wyraźniejsze i żywsze niż w tradycyjnym telewizorze.

 

Monitor jest kompatybilny z komputerami Macbook, Macbook Air i Macbook Pro wyposażonymi w złącze mini DisplayPort.

 

 

 

Apple TV powraca. To więcej niż tylko telewizja

Pamiętacie Apple TV? płaską srebrną skrzyneczkę, która potrafiła sporo z filmami, stacjami telewizyjnymi i całą resztą dźwięków i obrazków? Teraz powraca. Tak samo pojemny i tak samo wygodny w użyciu. I w odróżnieniu od swojego następcy nie wymaga posiadania legalnego konta w iTunes Store.

 

Apple TV to w gruncie rzeczy sieciowy tuner telewizyjny z dyskiem 160 GB, ma wyjście HDMI i masę innych portów, potrzebnych do przypięcia go do telewizorów. I potrafi zaskoczyć. Nie tylko rozmiarem, który powoduje, że można postawić go w dowolnym miejscu obok telewizora. Nie będzie się rzucał w oczy bardziej, niż przypadkowo pozostawiona książka.

 

Dzięki bezprzewodowej sieci potrafi połączyć się z twoim komputerem. Koniec żmudnego wypalania płyt ze zdjęciami z wakacji, czy kopiowaniem ich na pendrive. Dzięki Apple TV będziecie mogli przesyłać prosto na ekran podłączonego telewizora swoją muzykę, zdjęcia i filmy.

 

Ale nie tylko. Dzięki Apple TV możesz oglądać filmy z YouTube czy zdjęcia na Flickr wprost na ekranie swojego wielkiego telewizora. Możesz słuchać własnej muzyki, albo setek stacji radiowych dostępnych dzięki iTunes bez oglądania się na niedomagające głośniki laptopa.

 

Wystarczy tylko podłączyć Apple TV do domowego telewizora. Sami zresztą zobaczycie, że to więcej niż zwykła kablówka. Bo z kablówką nie dogadasz się, żeby pokazała twój film z wycieczki nad Biebrzę. A z Apple TV - bez problemu. To tak jakbyś był właścicielem stacji telewizyjnej. I w sumie jesteś.

 

 

 

Procedury bezpieczeństwa, czyli dopieść swojego iPhona 4

Prawdziwa zabawa w kupowanie zaczyna się dopiero po zakupie iPhona. Do najnowszej, czwartej wersji tego mobilnego kombajnu prawie do wszystkiego (bo jeszcze nie robi kawy i nie prowadzi samochodu, jeżeli przesadzimy z winem na imieninach szefa), sama tylko firma Macally proponuje sympatyczny zestawik ochronny, który przy odrobinie wysiłku (bo w końcu trzeba ruszyć palcami, żeby wymienić etui), dostosuje iPhona do niemal każdych ekstremalnych warunków.

 

Ekstremalnych? Ok. Zaczniemy od najcięższych. Miasto w godzinach szczytu. Ścisk w autobusach i tramwajach, tabuny biegających mieszkańców i turystów na ulicach, Wszystko jest potencjalnym zagrożeniem. Prędkość przeciętnego mieszkańca Pipidówy Dolnej w Warszawie potrafi wzrosnąć na chodniku do zabójczych 8 km na godzinę. W Krakowie nawet do 10 km/h. I pamiętajcie, oni nie mają poduszek, ani kontrolowanej strefy zgniotu. Zresztą miejscowi, sunący statecznie środkowym pasem chodnika ze stałą ekonomiczną prędkością 6 km/h, ale obładowani teczkami, plecakami, zakupami i trójką dzieci mają taką masę spoczynkową, że przetoczą się po was i waszym iPhonie 4 nawet nie redukując biegu. I wszystko to na piechotę.

 

Aż zadyszki można dostać. Prawie. A najgorsze, że stoicie w samym środku tego Armageddonu z iPhonem 4 w ręce. Bo właśnie chcieliście zadzwonić. I co każdy widzi oczyma duszy? Wytrąconego z ręki, przez spieszącą się asystentkę sekretarki, iPhona szybującego po krzywej balistycznej wprost pod nadciągającą z przeciwka Matkę Polkę z przyczepą, po wizycie w markecie. Nawet nie poczuje, po czym przeszła.

 

Dobra. Koniec katastroficznych wizji. W końcu od czego te etui. Kupujesz, zakładasz i masz. Nie dość, że etui Macally są zrobione z wytrzymałego silikonu, który zabezpiecza iPhona 4 przed wysunięciem się z ręki, to jeszcze chronią go przy przypadkowych upadkach na chodnik. Może niekoniecznie wytrzymają przemarsz śpiewającej kompanii reprezentacyjnej, ale wymieńcie choć jedno etui, które wytrzyma.

 

Umówmy się co do jednego: iPhone 4 nie został zaprojektowany do wbijania gwoździ, otwierania konserw, czy obrony przed pseudokibicami. Do tego są inne telefony, bez tego wszystkiego, co sprawia, że chcecie mieć iPhone 4. On sam zwykle spokojnie spoczywa w kieszeni, bo przy zastosowaniu słuchawek z mikrofonem nawet nie trzeba go wyciągać, żeby odebrać rozmowę. Wszystko jedno, czy wybierzecie etui Macally z serii Metro, FlexFit czy Msuit, ochroni waszego iPhone 4 przed zuchwałymi atakami kluczy i monet noszonych w tej samej kieszeni. Sam ekran zabezpieczycie folią Macally. Nawet lustrzaną, albo odporną na wasze odciski palców. No i we wszystkich opakowaniach z etui znajdziecie sprytną ściereczkę do przecierania ekranu. Żeby nie musieć go czyścić krawatem czy t-shirtem.

 

Macally ma też coś dla wszystkich tych miłych ludzi, którzy nie wyobrażają sobie biegania, czy ćwiczeń bez iPhone 4. Specjalne etui Sportivo z opaską na ramię, pozwalające zamontować iPhone 4 w pionie i w poziomie. Biorąc pod uwagę ilość oprogramowania dla sportowców: wirtualnych trenerów, liczniki, zapis drogi, itd. W sumie warto pomyśleć o Macally Sportivo jako alternatywie na poranny jogging.

 

o i jest jeszcze jedno etui. Sprawdzi się w każdych tymczasowych warunkach. Macally Kickstand - z tym, czego iPhonowi 4 brakuje - rozkładaną podstawką. Bo w sumie na biurku iPhone mógłby pracować jako cyfrowa ramka do zdjęć. A na obiedzie w firmowej kantynie jako ?telewizor do obiadu?. Macally Kickstand pozwala ustawić iPhone 4 w wygodnej pozycji. I jest wystarczająco stabilne, żeby używać go w pociągu czy samolocie.

 

Zatem pora na wybór. Hm. Na bieganie i siłownię - wiadomo - Macally Sportivo. Do pracy - może Msuit, w podróż na pewno Kickstand. Człowiek tak ma. Jak już znajdzie idealny telefon dla siebie, chętnie mu coś dokupi. Zwłaszcza jak ma wybór. A z Macally ma.

 

 

 

Apple jeszcze nigdy nie było tak blisko.

Ile razy musiałeś słuchać narzekań klientów, którzy zalali klawiaturę MacBooka wiśniówką? I to nie na własną niezręczność, ale na problemy z dostępem do serwisu. Nie, żeby był nieosiągalny, ale trzeba sprzęt zapakować i wysłać. A to już komplikacje.

 

Teraz sam możesz być serwisem. W ograniczonym co prawda zakresie, ale jednak. Na dobrą sprawę będziesz mógł rozwiązać większość, jeżeli nie wszystkie problemy związane z pracą systemu i oprogramowania. Niestety rozlana wiśniówka to poważniejszy temat.

 

Zgłoś się do programu Punktów Przyjęć Autoryzowanego Serwisu Apple. Firma iSource oferuje go wszystkim swoim Partnerom. Zasada jest prosta. Sprzedajesz sprzęt Apple i innych producentów? Możesz go również przyjąć do naprawy. Nie, nie, to nie znaczy, że musisz zatrudnić serwisantów, stworzyć dodatkowe stanowiska i wyposażyć warsztat. Wystarczy, że przyjmiesz sprzęt i odeślesz go do iSource - Autoryzowanego Serwisu Apple.

 

Wymagań trochę jest. To prawda. Ale nietrudno je spełnić. Ba, klienci będą zadowoleni. Po pierwsze, nie będą musieli sami wysyłać sprzętu do serwisu. Po drugie, i tak najczęstsze interwencje to problemy z pracą software. A te będzie można załatwić od ręki na miejscu. No i po trzecie, choć może najważniejsze, klienci będą krócej oczekiwać na powrót sprzętu z naprawy.

 

Owszem, otwarcie Punktu Przyjęć to odpowiedzialność, ale niesie też wymierne korzyści. Partnerzy dostaną możliwość zakupu produktów serwisowych z upustem. Podobnie z upustem będą mogli skorzystać z serwisowych napraw pogwarancyjnych. No i ostatecznie - trafią na strony promocyjne iSource. Jak myślicie, co się wyświetli w Googlach po wpisaniu ?apple, naprawa, Wyszków?? Wasz Punkt Przyjęć? Z wielką pewnością.

 

W każdej superofercie musi być haczyk. Tu też jest. To iSource akceptuje wnioski Partnerów o dołączenie do programu Punktów Przyjęć. Ale umówmy się. Żaden z Partnerów nie prowadzi sprzedaży na straganie, ani nie ma magazynu w wydzielonej części garażu. No i zapewnia zawsze wysoki poziom obsługi. Więc czemu nie wysłać wniosku na punkt_przyjec@isource.pl? To naprawdę dobra okazja na rozszerzenie działalności.

 

 

 

Dyski iOmega: Jak uczesać wkurzonego grafika

Dowolne projekty graficzne, o dowolnej wielkości, stworzone dowolnym nakładem pracy mają zawsze tę samą cechę. Jak wylecą w kosmos - to zwykle na amen. Bez możliwości odzyskania ich choćby w części. Kto tak nigdy nie miał - ręka w górę.

 

Bo spora grupa grafików to nadal twardziele. A ci, jak wiadomo, nie robią backupów. A potem dziwią się, kiedy ich dwutygodniowa praca nagle zamienia się w nieuporządkowane stado zer i jedynek, głównie z przewagą zer. Zwróćcie uwagę na fryzury grafików. Te najbardziej nieregularne i artystyczne z punktu widzenia szalonego fryzjera powstały przy akompaniamencie przekleństw, kiedy ktoś nagle wykręcił korki, albo lokalna powódź zalała transformator. Ale to jeszcze nic. Najciekawsze, uzupełnione monstrualnym guzem na czole, powstają, kiedy na pytanie photoshopa: „czy zapisać zmiany”, po 36 godzinach pracy klikamy „nie”, bo akurat było bliżej. Bruce Lee nie wykonywał tak malowniczego uderzenia czołem w cegły, jak grafik głową o biurko.

 

Ale przejdźmy do meritum. Nie, nie do tej zabytkowej stacji, na której napędzie dyskietek dało się podgrzewać kawę. Do twardych dysków iOmega przejdźmy. Dlaczego iOmega? Powodów jest kilka. Po pierwsze wojna domowa. Taka mała wewnętrzna wojna iOmega o coraz więcej miejsca. Bo jak wiadomo dowolnej wielkości dysk jest zawsze za mały. Ale w tym przypadku orientujemy się o całkowitym zapchaniu dysku kilka lat później. Bo iOmega oferuje zewnętrzne dyski o pojemnościach powyżej 1 TB. Czyli proponuje wystarczającą przestrzeń, by przechować 4 miliony zdjęć. To tyle, ile można zrobić przez około 100 lat, pstrykając 10 klatek dziennie. No, może trochę mniej, jeżeli mówimy o RAW.

 

Te pojemne dyski z rodzin iOmega UltraMax i MiniMax, oferujące do 2 TB pamięci świetnie nadają się do robienia backupów pracy. Albo przechowywania kopii projektów ot tak na wszelki wypadek. Ba, w przypadku iOmega UltraMax można wykorzystać ich złącza External SATA (eSATA) - wystarczająco szybkie by na plikach z zewnętrznego dysku pracować jak na wbudowanym. Oczywiście wybór portów w iOmega UltraMax jest znacznie większy (USB 2.0, FW 800 a nawet stareńki FW 400). W zasadzie do tego dysku nie da się podłączyć chyba tylko tostera. Ale to nic pewnego. nikt jeszcze nie sprawdził.

 

Co ciekawe oba Maxy wyglądają jak mniejsze klony Maca Pro i Maca Mini. Wybrednemu styliście biurkowemu to powinno wystarczać. Zwłaszcza, że pod nawiązującą do macowej obudową otrzymuje stado demonów pojemności, szybkości i pewności pracy. Oczywiście dla tych demonów można zainwestować w Forda GT 40. Ale na nim trudno będzie przechować i zabezpieczyć jakikolwiek projekt. Ma za mało miejsca w środku. No i wyjdzie znacznie drożej.

 

Drugi powód to przenośne dyski. Od maleńkiego 500 gigabajtowego iOmega eGo Helium, w stylistyce sfilcowanego MacBooka Air, przez serię iOmega Prestige i dwuterabajtowy iOmega Desktop eGo - coś pośredniego międy dyskiem stacjonarnym a przenośnym, aż po ultrawytrzymałe iOmega eGo BlackBelt - dyski wyrwane z Matrixa i zabezpieczone przed efektami upadku z wysokości do 2,3 metra nie tylko mechanicznie, ale również przez zastosowanie specjalnej gumowej uprzęży z ochraniaczami. Mocno ekstremalny sprzęt, potrzebny każdemu grafikowi, który ma za małe biurko i w ciągu ostatnich 6 miesięcy przynajmniej raz zrzucił dysk, sięgając po kawę czy co tam aktualnie miał w kubku.

 

Tu też do wyboru do koloru. Aż szkoda oblepiać obudowę reklamowymi naklejkami i wlepkami. A choćby nawet, obudowa powinna znieść niemal każde artystyczne działanie. Może poza próbą zalewania portów wiśniówką. To się rzadko sprawdza.

 

No i jest jeszcze trzeci powód, kto wie czy nie najważniejszy. Razem z dyskiem przyjeżdża żandarmeria. Nie, nie po to, żeby wyciągać człowieka z łóżka o 5 rano. Po to, żeby mógł sobie właśnie spokojnie pospać po nocnej pracy. Ta żandarmeria, to pakiet oprogramowania, które zajmie się bezpieczeństwem zapisanych danych - do ściągnięcia ze strony iOmega. A jest w sumie co chronić. Na terabajtowym dysku mieści się np. tyle filmów w jakości DVD, że ich oglądanie zajęło by nawet 18 dni. Non stop. No to teraz krótka prezentacja żandarmów: Trend Micro Internet Security lub Trend Micro Smart Surfing for Mac (darmowa 12-miesięczna subskrypcja), Iomega QuikProtect oraz MozyHome Online Backup. To taka pomoc, której nie się docenia, zanim się nie okaże, że kilkoma drobnymi ruchami człowiek pozbył się dwutygodniowej kolekcji zdjęć i kilku ważnych projektów na jutro rano.

 

Bo twardziele iOmegi chętnie w tym pomogą. I może wreszcie skończą się fryzury „na wpienionego grafika, który właśnie wysłał w kosmos bitwę pod Grunwaldem z udziałem 44 pancernych”. I guzy na czole. I wszystko za tak niewiele.

 

 

 

Time Capsule 2TB: Piaskownica władcy czasu. I przestrzeni

Nikt normalny nie rozumie o co chodzi z tymi kopiami bezpieczeństwa. Dla przeciętnego użytkownika backup jest równie uciążliwy, jak coroczny przegląd samochodu, czy kupowanie dziecku nowych butów. W końcu domowe komputery to nie centrum obliczeniowe NASA. Nawet jak gdzieś posiejesz maila ze zdjęciami śliniącego się kilkumiesięcznego bratanka - to wielkiej straty nie będzie. I tak wyglądał, umówmy się, okropnie.

 

No dobrze. Ale czasem znikają nie tylko koszmarne obrazki z rodzinnego grilla. Ile razy wyrzuciłeś w napadzie twórczej pasji jakiś ważny dokument? Albo skasowałeś swoją kilkudniową pracę? Do takich wyczynów nie trzeba nawet odmiennych stanów świadomości. Robisz to ?ot tak?. Bo akurat palce były szybsze niż reszta.

 

No to teraz wyobraź sobie maszynkę, która raz ustawiona tworzy kopie codziennego stanu twojego komputera na najbardziej odjechanym dysku, jaki do tej pory miałeś. Nie, nie będzie nic o technice ani o metodach ani nawet o backupie. Maszynka, a dokładnie Time Machine (coś jak u Georga Wellsa) wie wszystko, czego sam nie chcesz wiedzieć. Wystarczy jej powiedzieć jak często ma robić to, co cię w żadnym stopniu nie interesuje. Oczywiście do czasu wpadki. Twojego, nie jej.

 

Na drugim końcu tej układanki stoi Time Capsule. W zasadzie możesz ją postawić w dowolnym miejscu w domu, podłączyć do prądu i hm... zapomnieć. Wystarczy, że włączysz komputer i... Ta-dam! ona tam będzie. Pod tym względem jest lepsza od kontrolerów z urzędu skarbowego, skrzyżowanych z Kasią Cichopek. No i ma jeszcze jedną zaletę, w przeciwieństwie do tej hybrydy nie zadaje uciążliwych pytań i nie tańczy.

 

Time Capsule to w sumie klasa sama dla siebie. Na dwóch terabajtach dysku potrafi zapisać stan komputera dzień po dniu przez wiele miesięcy. Chciałeś kiedyś sprawdzić, jak wyglądał Twój Mac 15 marca 2008 roku? Z Time Capsule i Time Machine to możliwe. No prawie. Musiałbyś używać ich już wtedy. Ale od dziś za dwa lata to może się okazać całkiem zwyczajną rzeczą. Taki drobiazg: pamiętasz, że jakieś 4 miesiące temu wchodziłeś przypadkiem na stronę internetową, która wydała ci się zabawna. Ale oczywiście nie zrobiłeś zakładki. A twoja przeglądarka pamięta tylko strony z ostatniego tygodnia. I jak tu teraz pokazać kumplom te wilgotne brązowe oczy małej sarenki? Time Capsule? Bingo!

 

Teraz trochę poważniej. Przede wszystkim: kto pochował kable? Bo przecież jak się chce robić kopie, czy korzystać z dysku, to go trzeba przynieść do komputera, połączyć kabelkami, a czasem jeszcze przypiąć do prądu. Zasadniczo tak, z tym, że niezupełnie. Time Capsule to dysk bezprzewodowy. Dlatego możesz go postawić gdziekolwiek i zapomnieć gdzie stoi. No chyba, żebyś chciał się pochwalić bratu. W sumie Time Capsule wygląda nieco estetyczniej, niż uświniony marchewką z jabłkiem, tudzież innymi rzeczami bratanek. Aha. I ten kabelek do prądu mimo wszystko trzeba będzie podłączyć.

 

Time Capsule, to przepojemny bezprzewodowy dysk sieciowy. Już wiesz co z kablami? Nigdy ich nie było. No i to znaczy, że jednocześnie możesz podłączyć do niego wszystkie komputery w domu. I nie tylko komputery. Wszystkie urządzenia WiFi mogą z niego korzystać. Tak, tak: wszystkie te zgromadzone latami PDA, iPhony, iPody Touch, nawet iPady. Hm. I z jego sieci też mogą skorzystać. Bo jak Time Capsule może bezprzewodowo nadawać i odbierać, to czemu nie miałby dzielić się internetem. I to w przejrzysty sposób, nawet trochę lepiej niż te wszystkie skomplikowane rutery z wystającymi antenkami i tuzinem migających diod. Masz sieć dla swojej rodziny i sieć dla gości. Dla tych drugich może być nawet bez haseł. Włączasz i już, a potem wyłączasz, jak wychodzą. Taka mała wygoda.

 

A z tym stawianiem w dowolnym miejscu to też taki chwyt marketingowy. Bo jak już złapiesz w ręce Time Capsule, to nagle okaże się, że to również świetny serwer drukarki. No dobrze mniejsza o to, co to serwer drukarki. Grunt, żeby drukarka była przypięta kabelkiem do Time Capsule. Tu akurat bez kabla się nie obejdzie. Chociaż może za kilka miesięcy... A na razie po kabelku. I co? I nagle wszystkie komputery w domu mogą korzystać z jednej maszynki. Nie trzeba biegać po pokojach i przełączać wtyczek. ?Drukuj? nareszcie znaczy po prostu drukuj.

 

No dobrze: pojemny dysk sieciowy, który potrafi nie tylko zrobić kopie, ale bezpiecznie dzieli się plikami z dowolnym komputerem, niezależnie od systemu równie łatwo jak dzieli się internetem czy drukarką... Nie za dużo? Otóż nie. Jest jeszcze jeden mały haczyk... Z Time Capsule możesz korzystać w dowolnym miejscu na ziemi. I czasem w powietrzu, ale to już zależy od linii lotniczych. Nie, nie musisz wozić podejrzanie wyglądającego pudełka z jabłkiem w bagażu podręcznym. Wystarczy dostęp do internetu i konto na MobileMe. Tylko tyle - a masz dostęp do zawartości swojej Time Capsule. To w gruncie rzeczy wygodniejsze, niż wożenie ze sobą kilkunastu pendrivów, płyt, czy tych małych przenośnych dysków, które zawsze wzbudzają zainteresowanie ochrony na lotniskach. No i pokaż kogokolwiek, kto ma dostęp do 2 TB przestrzeni dyskowej niemal na zawołanie, choćby po to, by wrzucić tam filmy z niezwykle ważnego kongresu hodowców miniaturowych niosek gdzieś pod Suwałkami.

 

Ok. W takim razie gdzie jest to coś napisane drobnym drukiem? Nie ma? Nie. Jest. Ten dostęp przez internet do plików w Time Capsule i korzystanie z Time Machine jest tylko dla nowych Maców. Tych z systemem 10.5 i 10.6. Ale cała reszta... Weźcie dowolny komputer z działającym systemem operacyjnym i łącznością bezprzewodową. W sumie nawet 10-letnie komputery to potrafią. I spróbujcie. Nie ważne, czy to będzie Windows, Mac OS czy Linux w dowolnej postaci. Jakoś się z Time Capsule dogadają. Zwłaszcza teraz, kiedy oferuje 2 terabajty: dwa razy więcej miejsca niż do tej pory. A wy zapiszcie sobie, gdzie Time Capsule stoi. I trzymajcie notatkę w widocznym miejscu na lodówce. W końcu nie wiadomo kiedy znów ją zobaczycie. Bo jak działa, to niby po co oglądać.

 

 

 

Hannah Montana idzie do szkoły

Zawsze tak było pod koniec sierpnia. Kupujesz nowy piórnik, torbę, zeszyty, o podręcznikach nie wspominając. A technologie depczą Ci po piętach i dyszą w kark: kup myszkę, bo stara się rozlatuje, podkładka nowa też by się przydała...

 

Tylko czemu masz znów skazywać swoje dzieci na szare czy czarne plastikowe stwory? Sięgnij po akcesoria Cirkuit Planet - ozdobione postaciami z filmów Disneya i Pixara. I nie musisz wcale wybierać między Myszką Miki a Myszką Miki. Może lepsza będzie Hannah Montana, ciągle na topie w szkolnej galerii mody.

 

Masz do wyboru myszki i podkładki, głośniki i słuchawki. Pomyśl, jaką radość sprawisz dziecku. Teraz pójdzie do szkoły dwa razy chętniej. Choćby po to, żeby błysnąć przed koleżankami obrazkiem Hannah Montana na słuchawkach. Taki prosty chwyt, a ile radości.

 

W katalogu Cirkuit Planet znajdzie się też coś dla chłopców: choćby myszy i podkładki z bohaterami Toy Story 3. Ale nie tylko. Wyobraźcie sobie szkolnego netbooka waszych dzieci ozdobionego zabezpieczającą naklejką z bohaterami Toy Story czy przyjaciółmi Kubusia Puchatka. Albo głośniki biurkowe, z których śmieje się Myszka Miki. Jest w czym wybierać: Myszka Miki, królewny i księżniczki, wróżki, Auta, Toy Story, a nawet Hanah Montana i High School Musical 3. Odpowiednie gadżety znajdziecie w katalogu: od skórek na pokrywę laptopa czy netbooka, przez myszy i pamięci USB, po głośniki, słuchawki, kamery internetowe i pokrowce na laptopy. Wszystko najwyższej jakości, bo to nie bazarowe podróbki, tylko oryginalne licencjonowane produkty.

 

A kiedy już wybierzesz akcesoria dla dzieci, popatrz jak się cieszą. Jeszcze nigdy dotąd powrót do szkoły nie był dla nich tak radosny. A potem spójrz w lustro. Też byłoby fajnie wrócić do szkoły, zwłaszcza, że te kilka, kilkanaście lat temu nikt nie kupował do szkoły myszy z Hannah Montana. A może tym razem samemu sprawić sobie prezent? Czemu tylko dzieci mają się cieszyć? Każdy z nas może mieć własną myszkę z klasyczną Myszką Miki. W końcu w każdym jest zawsze trochę dziecka. I tym razem możesz je spokojnie nagrodzić za udane zakupy dla własnego dziecka.

 

 

 

Origami, czyli sztuka składania iPada

Wiesz, co jest najfajniejszego w iPadzie? Nie ten dynamiczny obrotowy ekran, nie czytanie książek niemal jak prawdziwych. Nawet nie to, że każdy się za nim ogląda. Najfajniejsze jest to, że teraz możesz kupić do niego niemal wszystko.

 

Niemal, bo jeszcze nikt nie zrobił prysznica dla iPada ani samobieżnej wycieraczki do pracy z iPadem na deszczu. Ale to pewnie tylko kwestia czasu.

 

Na razie wystarczy Macally Bookstand. A jak już go kupisz, stwierdzisz, że Macally BookStand to ta część do iPada, o której Apple najnormalniej zapomniało. Bo Macally BookStand, to zwyczajnie niezwykła okładka-futerał-podstawka do iPada, która nie tylko go chroni, ale pozwala wygodnie i stabilnie ustawić go na kolanach czy stole. A po bliższych oględzinach stwierdzisz, że ten co to wymyślił, musiał być geniuszem. Bo trzeba geniuszu, żeby wygiąć i złożyć kawałek tektury czy tworzywa, tak jak wygina się i składa papier w origami. Potem wystarczy dodać zabezpieczenia na rogach, które ochronią krawędzie iPada przed uderzeniami, a jednocześnie zapewniają dostęp do wszystkich gniazd. I prawie gotowe. Prawie, bo prawdziwy geniusz to jeszcze pasek i ucho - zamknięcie etui. Żadnych mechanicznych części, żadnych magnesów czy suwaków. Czysta papieroplastyka w wydaniu luksusowym.

 

Z Macally BookStand przestaniesz się obawiać o porysowanie ekranu i przestaniesz się zastanawiać o co go oprzeć, kiedy czytasz gazetę. Poza tym to etui ma jeszcze jedną zaletę. Zapakowany w nie iPad wygląda jak kalendarz czy podręczny notatnik. Nie wzbudzi zainteresowania złodziei, nawet jeżeli będziesz paradował z nim pod pachą przez wszystkie korytarze Dworca Centralnego. No i pomyśl o tych wszystkich zdziwionych spojrzeniach, kiedy zdecydujesz się ten ?kalendarz? otworzyć. Jednemu patrzącemu na dziesięciu opadnie szczęka.

 

Ale zawsze możesz skorzystać z każdego innego etui na iPada dostępnego w ofercie iSource. Jeżeli zależy ci na błyszczeniu w każdej sytuacji - wybierz chromowane etui Macally, które zawsze może posłużyć za nieco krzywe zwierciadło. Albo etui z silikonowymi krawędziami, które świetnie zabezpieczy brzegi iPada przed przypadkowymi uderzeniami. Ta wersja sprawdzi się w każdej podróży. A może wystarczy zwykłe przezroczyste etui, które sprawi, że iPad zawsze będzie wyglądał jak nowy? Znajdzie się coś na każdą okazję.

 

No i pomyśl, że teraz będziesz mógł włożyć iPada bezpiecznie do dowolnej torby, a nawet do kieszeni. Oczywiście pod warunkiem, że masz odpowiednio dużą kieszeń.

 

 

 

Misja krytyczna i inne okoliczności przyrody

Dowolnej wielkości dysk jest zawsze za mały. I prawdę mówiąc niewygodny. Żeby przenieść na nim dane w domu, lub małej firmie, musisz wrzucić pliki, odpiąć dysk od komputera, przenieść go do następnego komputera, przypiąć, rozpocząć kopiowanie... Nawet po szybkich łączach kolekcja filmów Woody Allena, jakże niezbędna w czasie deszczowych wakacji, będzie się pchała po kabelkach godzinami. A wyobraź sobie, że musisz wszystkie ważne dane firmy skopiować na zewnętrzny dysk, mając pewność ich ochrony. To też godziny. A czasem nie masz tyle czasu. W obecnych czasach alarmy powodziowe są ogłaszane raczej późno.

 

Iomega eGo? Desktop USB 3.0, EU/UK Gray 2TB to dyszczek niemal wszechstronny. Jasne, że nie włożysz go do kieszeni marynarki i możesz uznać, że jest nieco hałaśliwy (34,8 dB w trybie zapisu). Ale tyle hałasu robisz, przebywając sam w pokoju. I nawet nieszczególnie głośno oddychając. Dwa razy głośniejsza bywa zwykle rozmowa z żoną. Przy czym to głównie ona mówi.

 

Iomega ma radę: StorCenter ix2-200 - sieciowy system przechowywania i udostępniania danych. Mówiąc najprostszymi słowami, to odjechany technologicznie i sprzętowo dysk sieciowy o pojemności od 1 do 4 terabajtów. Wystarczy do przechowywania wszystkich wielogodzinnych przemówień Fidela Castro w HD. I jeszcze zostanie trochę miejsca. A zupełnie poważnie - to przestrzeń, w której zmieścisz domową produkcję filmowo-zdjęciową, wszystkie istotne dokumenty finansowe, kolekcję filmów i muzyki, programy... hmm, wszystko - co tylko można upchnąć na komputerowym dysku. I nadal będzie trochę miejsca - żeby dorzucić tam zdjęcia z ostatniej wyprawy do zoo. Ba, żeby je tam wrzucić, nawet nie potrzeba komputera. StorCenter ix2-200 potrafi sam skopiować dane z podpiętej bezpośrednio pamięci USB. A zatem również z aparatu czy kamery. Potrafi dużo więcej. Choćby pokazać te zdjęcia w futurystycznym CoolIris. Wystarczy zwykła przeglądarka sieci, by komputer zamienił się w niesamowite narzędzie, bijące na głowę megawypasiony telewizor.

 

Ale to wszystko drobiazgi i zabawa. Pod oszczędnie zaprojektowaną obudową StorCenter ix2-200 kryje się znacznie więcej. To przede wszystkim bezpieczny sposób wymiany danych z innymi użytkownikami w sieci. Przejrzysty i łatwy do konfiguracji system dzielenia i udostępniania poszczególnych folderów. Banalnie prosta instalacja, a nawet możliwość wymiany dysków przez użytkownika. Dostajesz do ręki narzędzie, które pozwoli ci nie tylko bezpiecznie przechowywać dokumenty, ale również dające do nich dostęp o każdej porze dnia i nocy, gdziekolwiek jesteś. Pod warunkiem, że masz dostęp do internetu. Z jednej strony to wygoda - zawsze możesz ściągnąć potrzebne rzeczy. Na przykład jako torrent, co przydaje się przy dużych plikach. Z drugiej strony Twoje dzieci stracą możliwość wymówki: zapomniałem wypracowania - zostało na domowym komputerze. No, ale w końcu nie muszą się chwalić wszędzie, że mają takie cudo w domu. Hm... nie muszą? Sam opowiesz wszystkim, jaką dobrą inwestycję zrobiłeś. Bo w sumie - wyobraź sobie domową bibliotekę e-booków dostępną z Twojego iPhona lub innego podobnego urządzenia. Albo natychmiastową potrzebę dostępu do zdjęć z przejazdu zabytkowym tramwajem. Na dobrą sprawę wszystko masz pod ręką.

 

I to bez względu na to, jakim komputerem i systemem akurat dysponujesz. StorCenter ix2-200 nie robi różnic między Windows, Linuxem czy Mac OS X. Ze wszystkimi współpracuje równie chętnie. A poza tym jest doskonale chroniony przez EMC Retrospect Express - jedno z najlepszych rozwiązań do ochrony danych.

 

StorCenter ix2-200 potrafi jeszcze jedno: osługuje do 5 kamer telewizji przemysłowej. A to znaczy, że możesz dyskretnie podglądać swojego chomika przez 24 godziny na dobę w kilku ujęciach. Jasne, że po kilku godzinach znudzi ci się patrzenie na zwierzaka biegającego w kółku, czy napychającego sobie policzki. Ale za to nie przegapisz, kiedy przespaceruje się do Twojego barku, poczęstuje whisky i przeczyta Twoją gazetę.

 

A wracając do zjawisk pogodowych... Pomyśl, że gdyby Twojej małej firmie groziła ewakuacja - zawsze możesz StorCenter ix2-200 wrzucić do torby i wyjść. Nie tracisz nic. Wszystko, co ważne, zostało zapisane. A Ty podłączasz urządzenie w innym miejscu do sieci - i znów wszyscy, którzy powinni, mają dostęp do tego, co czego powinni mieć dostęp. Wystarczająco cwane, żeby przechytrzyć nawet najbardziej złośliwą powódź.

 

 

 

Mały może jeszcze więcej

To już przypomina wojnę. Przynajmniej domową. Iomega wypuszcza na rynek coraz mniejsze, ale tak naprawdę coraz większe dyski, walcząc sama ze sobą. Bo w końcu po co komu dziś maleńki dyszczek 160 GB, jaki zwykle kryje się w małych netbookach. Przecież jego zapchanie trwa kilka tygodni. A na początku wydaje się taki wielki.

 

A tu mamy do wyboru, do koloru. No prawie do koloru. Najpierw te do zadań specjalnych: Iomega eGo BlackBelt 1 TB. Niewiarygodnie wytrzymałe dyski, zabezpieczone technologią Iomega Drop Guard Xtreme. Możesz wybierać między wersją dla maszyn PC lub Mac Edition ze złączem USB 2.0. Nic, tylko przypinać.

 

A, że eGo BlackBelt to dysk do zadań specjalnych, widać na pierwszy rzut oka. Jego obudowa zabezpieczona jest dodatkowo pasami gumy, amortyzującymi przypadkowe uderzenia. Całość technicznych zabezpieczeń Iomega Drop Guard Xtreme sprawia, że powinien pracować nawet po upadku z piętrowego łóżka czy szafy. Zawsze możesz sam sprawdzić. I nie próbuj tego robić z innymi dyskami. Chyba, że nie masz na nich żadnych ważnych rzeczy.

 

Zabezpieczenie Drop Guard znajdziesz też w kolejnym terabajtowym dysku Iomega eGo Helium. Ale ten akurat bardziej pasuje do eleganckiej torby niż do trekkingowego plecaka. Chociaż, zawsze można trochę pomieszać style. Ale trzeba przyznać, że ten model najbardziej pasuje do tych cieniutkich MacBooków Air. Przy czym odwrotnie niż MacBook Air może bez uszczerbku spaść z biurka.

 

Dyski Iomega są nie tylko dobrze zabezpieczone przed urazami fizycznymi. Ze strony Iomega możesz ściągnąć świetny pakiet oprogramowania, które zajmie się bezpieczeństwem zapisanych danych. A pamiętaj, że masz co chronić. Na terabajtowym dysku mieści się np. tyle filmów w jakości DVD, że ich oglądanie zajęło by nawet 18 dni. Non stop. Może więc zapoznaj się z Trend Micro Internet Security lub Trend Micro Smart Surfing for Mac (darmowa 12-miesięczna subskrypcja), Iomega QuikProtect oraz MozyHome Online Backup. To taka pomoc, której nie doceniasz, zanim się nie okaże, że kilkoma drobnymi ruchami pozbyłeś się dwutygodniowej kolekcji zdjęć i filmów. Bo pamiętaj. Tylko twardziele nie robią backupu. Inne. Bo twardziele Iomegi chętnie w tym pomogą. I dzięki nim z każdej, nawet najdłuższej podróży przywieziesz tyle wspomnień ile sam chcesz, a nie tyle, na ile pozwoli pojemność dysku.

 

 

 

Zakładaj i ruszaj w trasę

Nikt nie lubi, kiedy mu się przerywa. Zwłaszcza, kiedy jest zasłuchany w koncertową płytę czy audiobooka. Zwłaszcza w pociągu. Ale nie tylko. Wyobraź sobie: siedzisz spokojnie i słuchasz Queens in Tokyo albo kolejnej sensacji Wołoszańskiego, a tu nagle trzeba przerwać, szukać biletu czy czego tam jeszcze. Najlepiej jeszcze zdjąć słuchawki. I człowiek się zupełnie wybija z nastroju.

 

A można inaczej. Bez zdejmowania słuchawek, bez tracenia wątku. Tylko do takich cudów potrzebne są słuchawki Bowers & Wilkins P5. Bo to chyba jedyny sprzęt nauszny, który nie odcina od otoczenia, to nie są słuchawki, które izolują od hałasu zewnętrznego, ale jednocześnie sączą prosto w uszy pełen zakres dźwięków. Poważnie. Wystarczy założyć i posłuchać. Nie ważne czy to koncert, czy nagrania studyjne. Muzyka z P5 jest po prostu na ?5?.

 

Cuda zaczynają się od konstrukcji. Zamkniętej. Ze specjalną metalową tarczą ochronną, z poduszkami z miękkiej skóry nowozelandzkich owiec, wreszcie z ultraliniowymi magnesami neodymowymi i mylarową membraną to prawdziwe technologiczne cudeńko. Dźwięk na żadnym etapie słuchania nie jest sztucznie przesterowany, jak to często bywa w słuchawkach z tzw. pogłębionym basem czy udoskonalonym brzmieniem. Zresztą... Posłuchajcie kiedyś tego udoskonalonego brzmienia dłużej, a potem załóżcie P5. Na tyle samo czasu. I sami sobie odpowiedzcie kiedy wasze bębenki nie walą jak trashmetalowy werbel. Nie, żeby trashmetal był zły. Ale może być również przyjazny dla ucha. I nie dajcie sobie wmówić, że przy słuchaniu będzie wam przeszkadzać łomot metra, czy wycie silnika poloneza na długim wzniesieniu. Bo nie będzie. Chociaż będziecie go słyszeli. Ale jednocześnie będziecie słyszeli pełny dźwięk nagrania. A na to nie pozwalają żadne inne słuchawki.

 

A najfajniejsze jest to, że po powrocie do domu, nie będziecie potrzebowali drugiej pary słuchawek. Wystarczy podpiąć P5 do domowego sprzętu grającego, by nadal cieszyć się wygodą i pełnią dźwięku.

 

Ale Bowers & Wilkins P5 to przede wszystkim słuchawki stworzone z myślą o wybrednym użytkowniku, który lubi oryginalny design i najlepsze materiały. Zaprojektowane na deskach Native Design - specjalistów od projektów ?dźwiękowych?, jednocześnie cieszą oko swoją prostą, nieco stylizowaną na lata 70. formą, ale również są wyjątkowo wygodne. Ich regulowany skórzany pałąk pozwoli dopasować je do każdej głowy. Miękkie nauszniki można łatwo wymieniać, a dodatkowo w pudełku znajdziecie specjalny przewód, z wbudowanym pilotem i mikrofonem, którym słuchawki podłączycie bezpośrednio do iPhone lub iPoda. Bo firma Bowers & Wilkins twierdzi, że wie najlepiej jak wyciągnąć z nich maksimum dźwięku. Udowodniła to zresztą wypuszczając na rynek nagradzane stacje dokujące Zeppelin i Zeppelin Mini.

 

Słuchawki Bowers & Wilkins P5, iPod, kabel... Czegoś tu jeszcze brakuje. A! Twojej głowy między słuchawkami. Zobaczysz jak łatwo zamienić każdą, nawet najbardziej rutynową podróż w odjechaną trasę koncertową. Wystarczy jak je założysz.

 

 

 

Szare komórki do wzięcia, czyli ciotka Krystyna na tropie

Jasne, że już dziesiątki razy czytałeś o pojemności dysków. Oczywiście terabajt danych nie robi już na nikim wrażenia. Może poza kolegą z przeciwka. A 2 terabajty? Hm. Zapakowane w prostą, nieco spuchniętą szarą obudowę, chronione jednym z najlepszych systemów ochrony danych? Dalej niezainteresowany?

 

Iomega eGo™ Desktop USB 3.0, EU/UK Gray 2TB to dyszczek niemal wszechstronny. Jasne, że nie włożysz go do kieszeni marynarki i możesz uznać, że jest nieco hałaśliwy (34,8 dB w trybie zapisu). Ale tyle hałasu robisz, przebywając sam w pokoju. I nawet nieszczególnie głośno oddychając. Dwa razy głośniejsza bywa zwykle rozmowa z żoną. Przy czym to głównie ona mówi.

 

Ale wróćmy do tematu. Wyliczankę, co można przechowywać na jednym terabajcie danych znajdziesz w wikipedii. Na jednym. A tu masz do dyspozycji drugi. I to równie pojemny. A do tego dochodzi złącze USB 3.0, które potrafi przenosić dane z prędkością 5 Gb/s. Zdołałbyś opowiedzieć komuś cały film w ciągu kilku sekund? A to szare pudło, które równie dobrze pracuje ustawione płasko i w pionie, potrafi go nie tylko zapamiętać, ale jeszcze przekazać dalej. Wyobraź sobie choćby zrealizowaną w HD awangardową sensację o cioci Krystynie, poszukującej łyżeczki do cukru w dzikich ostępach kuchni. Wystarczy przeciągnąć ikonę. I film jest na dysku komputera. Tylko... po co przeciągać? No właśnie.

 

 

A teraz stały fragment gry, jak to u Iomega. Bez względu na to, czy wybierzesz nadęte eGo™ Desktop USB 3.0, EU/UK Gray 2TB, czy smukłe eGo™ Desktop USB 3.0, EU/UK Gray 500 GB, ktoś pomyślał o świetnej ochronie danych. Tylko po to, by ciotka Krystyna nie padła ofiarą elektroniki. Wystarczy ze strony Iomega ściągnąć pakiet ochronny: Trend Micro-Internet Security (PC), Iomega QuickProtect (PC), EMC Retrospect Express (PC/Mac), MozyHome Online (PC/Mac). A potem wystarczy cieszyć się przestrzenią. Dysku. I świętym spokojem.

 

 

 

Ładowarka baterii Apple: czysta oszczędność i oszczędna czystość

iMac, iPod, iPhone, ostatnio iPad... Wszystkiego można się po Apple spodziewać, tylko nie ładowarki do baterii. Chociaż... W końcu i klawiatura bezprzewodowa i Magic Mouse używają baterii. Teraz do zestawu doszedł Magic Trackpad, również na baterie. Trzeba było okazać trochę wyobraźni i konsekwentnie zapewnić tym wszystkim małym bateryjnym urządzeniom jakieś rozsądne zasilanie.

 

No właśnie. Przecież można używać zwykłych baterii AA. Iść do kiosku, kupić, zużyć i... wyrzucić. Jasne, że można. Ile razy oddałeś zużyte baterie do zbiornicy? No właśnie.

 

Można też kupić pierwszą lepszą ładowarkę i akumulatorki AA NiMH. A po dwóch latach następne. A potem następne. Jasne, że można. I jeszcze obserwować jak ładowarka złośliwie wysysa prąd ze ściany, mimo, że akumulatorki są aż gorące z nadmiaru prądu.

 

A teraz możesz kupić niewielką ładowarkę Apple, która nie dość, że świetnie zmieści się do najbardziej zastawionego gniazdka, to jeszcze jest na tyle sprytna, że sama wie, kiedy przestać pobierać energię. No tak ma, że wie. A wtedy ogranicza się 10 razy bardziej niż inne ładowarki. A to czysta oszczędność, którą łatwo sprawdzisz na rachunkach za prąd.

 

A do tego dochodzą same akumulatorki AA: 6 sztuk w pudełku razem z ładowarką. Przy prawidłowym używaniu ich żywotność to 10 lat. Pokaż teraz akumulatorki, których tyle czasu używałeś. Te 6 sztuk wystarczy na zasilenie klawiatury (2 sztuki) i Magic Mouse, albo Magic Trackpad (również 2 sztuki). Hm. A po co te pozostałe dwie? Jak to po co? Żeby mieć je w zapasie. O tym też ktoś pomyślał. W końcu nigdy nie jest tak, że wyczerpią się wszystkie 4 używane na raz. No chyba, że w prawach Murphyego.

 

A teraz weź kartkę i dobrze policz ile płacisz za pojedyncze baterie, albo kiepskie akumulatorki. I ile musiałbyś wydać na nie przez 10 lat. A potem dodaj do tego cenę prądu, jaki zwykła ładowarka wysysa ukradkiem z gniazdek. Ile wyszło? Nie licz. Dużo wyszło. Musiałbyś mieć naprawdę wielką żarówę, żeby zużyć do niej cały ten prąd. No i jeszcze pomyśl ile spalą przez to elektrownie. A najlepiej wybierz sobie lodowiec, który zamierzasz stopić swoim ułamkiem efektu cieplarnianego.

 

A teraz odetchnij i weź ładowarkę Apple. Patrz, jak łatwo uratowałeś świat przed zagładą. I jak łatwo będzie teraz utrzymać cały sprzęt pod napięciem.

 

 

 

Magic Trackpad, czyli pułapka na myszy

Apple nie musi wynajdować ciekawych rzeczy. Wystarczy jak je wymyśli. Tak jak nowiutki Magic Trackpad - taki sam jak w MacBookach i MacBookach Pro, tylko większy i zupełnie sam. Bo przecież przyłączanych do komputera trackpadów było wiele. Jednak ten jest wyjątkowy.

 

Niby dlaczego? Bo obsługuje te same gesty co MacBookowe trackpady? Bo przeglądanie stron internetowych przypomina dzięki niemu przeglądanie kolorowego magazynu, gdzie strony przewraca się palcem? Bo jest jednym wielkim prawym przyciskiem i jednym wielkim lewym przyciskiem? Hm, możemy wyliczać dalej... Ale to prawda. Jego wyjątkowość poczujesz, kiedy pierwszy raz weźmiesz go go ręki i kiedy pierwszy raz spróbujesz pracować przy jego pomocy. Nagle zorientujesz się, że cały wirtualny świat masz na dłoni. A właściwie pod dłonią. A właściwie to wszystko jedno, bo przecież Magic Trackpad może pracować w każdej pozycji. Choć chyba najwygodniej mu obok klawiatury. No i świetnie do niej pasuje.

 

Ale oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by używać go na przykład na kanapie. Pomyśl sam: przeglądanie stron www na ekranie 27-calowego iMaca prosto z ulubionej kanapy. Albo odtwarzanie filmów i muzyki. Prosto, łatwo i przyjemnie.

 

Na dobrą sprawę i pracować z tej kanapy można, ale jednak wygodniejsza będzie postawa na wpół wyprostowana - przybiurkowa. A wtedy zdasz sobie sprawę, że nawet po dłuższym czasie nie będziesz czuł zmęczenia typowego dla pracy z myszą. Magic Trackpad jest zawsze pod ręką. Dosłownie. I nie trzeba go przesuwać po stole. Docenisz to szybko, montując filmy w iMovie, obrabiając zdjęcia w iPhoto, tworząc muzykę w GarageBandzie i jeszcze w wielu innych aplikacjach.

 

I po kilku dniach, a może już po kilku minutach dojdziesz do wniosku, że to niemożliwe, żeby te wszystkie czynności można było wykonywać prymitywną myszą, choćby najbardziej zaawansowaną technologicznie. W końcu myszy, jakie znasz, mają już koło 30 lat. I nadal wymagają kawałka podparcia. A Magic Trackpad... hmmm... Zresztą sam się przekonaj. Wystarczy spróbować, żeby poczuć, że to prawdziwa pułapka na myszy.

 

 

 

Jak podkręcić USB?

Nie odnosisz czasem wrażenia, że wszyyyyyyystkooooo tak woooooolnooooo się kopiuuuuuuje? Przypinasz dysk USB do swojego laptopa czy netbooka i przerzucasz gigabajty filmów, zdjęć i muzyki. W skrajnych przypadkach mógłbyś w czasie kopiowania zrobić trzydaniowy obiad, używając tylko jednego garnka i jednej patelni. A gdyby tak nieco podkręcić tę transmisję? I to bez znajomości elektroniki i zdolności manualnych iluzjonisty

 

Sposób jest prosty. Nazywa się Adapter USB 3.0 w standardzie ExpressCard do laptopa. Nie potrzebujesz ani śrubokręta, ani lutownicy, jeżeli chcesz podkręcić USB w laptopie czy netbooku. Upewnij się tylko, czy ma port ExpressCard. Wybierasz Iomega Adapter USB 3.0 w standardzie ExpressCard do laptopa, wtykasz w port i hmm... cieszysz się życiem? A, oczywiście transferem danych do 5 Gb/s też się cieszysz. To znaczy, teraz masz możliwość przenieść duże pliki z zewnętrznego dysku z USB 3.0 tak szybko, jakby znajdowały się w jednym z folderów na twoim twardym dysku. Przeniesienie 700 MB filmu nie powinno zająć więcej, niż półtorej sekundy. Chcesz sprawdzić? Weź jakiś bardzo precyzyjny stoper.

 

Z komputerem stacjonarnym będzie trudniej. Jasne, że można do niego przypiąć zewnętrzny adapter ExpressCard. Tylko jak? Przez USB 2.0? To by nie miało sensu. Tym razem przyda się śrubokręt. Bo Iomega przygotowała również adapter USB 3.0 dla komputerów stacjonarnych. Wystarczy zdjąć obudowę i zamontować Iomega Desktop PCI Express Adapter USB 3.0. I jeszcze masz dwie możliwości. Albo pozbywasz się w ten sposób starej karty z portami USB, albo, co może nawet lepsze, powiększasz ich liczbę. No i na dobrą sprawę nie masz ograniczeń. Jak chcesz, możesz sobie tych Iomega Desktop PCI Express Adapter USB 3.0 nawtykać tyle, ile masz jeszcze wolnego miejsca na płycie. Zwłaszcza, że obsługują też standard USB 2.0. Więc nie musisz się martwić o podłączenie HiperKierownicyRajdowca i MegaFullWypasJoysticka. A o podłączenie iPoda to już w ogóle.

 

Jakby nie patrzeć, Iomega to spryciarze. Bo kiedy już podkręcisz swoje USB, to będziesz mógł spokojnie cieszyć się ich dyskami z USB 3.0. Ale to już zupełnie inna historia.

 

 

 

Nowy iMac: Jeszcze szybszy, jeszcze większy, jeszcze bardziej odlotowy

Najlepsze jest pierwsze wrażenie. Niemal gigantyczny kryształowo jasny monitor wsparty na lekkiej stopce wypływającej ze stołu. No dobrze. Może być nieco mniejszy. Ale nadal krystaliczny, elegancki i zawsze budzący pytania: a gdzie masz komputer?

 

Nowe iMaki wchodzą przebojem na rynek. Ich moc wzrosła, a panoramiczne ekrany 21,5 i 27 cali wprost zachęcają do pracy. A przecież to te same iMaki, które można znaleźć na milionach biurek i stołów na całym świecie. A jednak nie te same. Bo wyobraźcie sobie maszyny z procesorami i3, i5 albo i7, ukryte pod cienkimi obudowami monitorów. Naprawdę niezła jazda, która sprawi, że iMac stanie się waszym domowym centrum rozrywki, na którym będziecie oglądać filmy, słuchać muzyki i grać w tak zaawansowane gry, o jakich wielu może tylko pomarzyć. Ba, wyobraźcie sobie znane, zaawansowane graficznie gry, odpalone na tym wielkim 27-calowym ekranie. I lepiej pamiętajcie, że to tylko komputer na biurku. Nie próbujcie podnieść z wirtualnej ziemi kolejnego bonusowego magazynka własną ręką. ekran powinien wytrzymać. Gorzej z ręką.

 

Dodajmy do tego wewnętrzne dyski o pojemności do 2 terabajtów i pamięć od 4 do 16 gigabajtów, oraz wszystkie porty: 4 USB 2.0, FW 800, slot na karty SDXC obsługujące do 64 GB oraz Mini Display Port, pozwalający na podłączenie drugiego monitora, albo... zrobienie z iMaca zewnętrznego monitora dla swojego laptopa. Można być pod wrażeniem.

 

Ale nowy iMac, to nie tylko świetny sposób na deszczowe czy zimowe dni w domu. To również doskonałe narzędzie i miejsce pracy. Przede wszystkim zajmuje tak mało miejsca, że można go postawić na stosunkowo niewielkim stoliku. Jego bezprzewodowa klawiatura i Magic Mouse zmieszczą się niemal wszędzie (problem może być z wąskim parapetem) i nadal zapewnią komfortową pracę. Nie mówiąc już o ekranie: 1920x1080 pikeli w rozdzielczości HD w modelu 21.5 cala i gigantyczne 2560x1440 w modelu 27 cali. To znaczy, że poza głównym oknem roboczym, na ekranie zmieści się jeszcze kilka innych okien: komunikatory, podgląd telewizji, poczta czy iTunes. To wygodniejsze, niż przełączanie się między poszczególnymi aplikacjami. No i jakie daje możliwości. Wreszcie można bezkarnie przy pracy oglądać transmisje z meczów, czy kolejne odcinki ulubionych seriali. Ba, dzięki technologii IPS obraz jest widoczny jednakowo wyraźnie i ostro pod każdym kątem. Nie każdy telewizor tak potrafi.

 

No dobrze. Jeżeli nowy iMac jest taki wypasiony, świetny graficznie i wielki, to jak u licha muszą huczeć jego wiatraki? Hm. No dobrze. Po włączeniu zwykle wszyscy zastanawiają się, czy iMac w ogóle ma jakikolwiek system chłodzenia. Bo nie słychać nic. A pod jego obudową rzeczywiście mieszczą się trzy niezłej klasy wiatraczki, zapewniające właściwy przepływ powietrza i temperaturę wewnątrz. I trzeba naprawdę ciężkiego zadania, żeby w ogóle je usłyszeć.

 

Co jeszcze można dodać? W zasadzie 10 razy tyle. Bo iMac od czasów, kiedy był głównie prostym komputerem dla domowego użytkownika, stał się komputerem dla użytkowników o naprawdę dużych wymaganiach. Ale w żaden sposób nie jest trudniejszy w obsłudze. Wystarczy wyjąć go z pudełka, podłączyć jeden jedyny kabel zasilania i można zaczynać.

 

A, uruchomienie systemu i pakietu iLife zajmie kilkanaście minut. No ale to akurat wystarczający czas, żeby obdzwonić pół rodziny z zaproszeniem na prezentację. No i jeszcze kolejne kilkadziesiąt minut na instalację innych systemów: Windows, lub Linux. Bo przecież iMac jest gościnny, a na jego wielkim dysku spokojnie znajdzie się miejsce na dowolny ze światów.

 

 

 

20 000 sekund podwodnej przygody. A może więcej

Kilka dni temu pod Narvikiem polscy płetwonurkowie odnaleźli wrak niszczyciela ORP Grom. Sensacyjne zdjęcia polskiego okrętu wojennego, leżącego na dnie norweskiego fiordu obiegły światowe agencje. Szkoda, że przy tym nie byłeś. Ale w sumie nic straconego. Sam możesz kręcić podwodne przygody i odkrycia kamerą Sanyo XACTI VPC-WH1.

 

Wyobraź sobie kamerę, która świetnie leży w ręku, wytrzymuje pod wodą do głębokości 3 metrów a na dodatek pozwala robić zdjęcia i filmy w HD. To właśnie ona. Sanyo XACTI VPC-WH1. Jedna z niewielu kamer, która równie dobrze wytrzyma nagrywanie taty wpadającego do stawu, jak i film z rodzinnego pływania w maskach wzdłuż bałtyckiej plaży.

 

Sam pomyśl ile przyjemności sprawisz sobie i swojej rodzinie, kiedy w środku zimy zaprosisz ich na film o podglądaniu bałtyckich fląder, pierwszym nurkowaniu swoich dzieci, czy polowaniu na muszle w Morzu Śródziemnym. A może o łowieniu pstrągów „na rękę” w górskim potoku. Sanyo XACTI VPC-WH1 wytrzyma wszystkie te przygody. Ba, zrobi również świetne zdjęcia z tego festiwalu filmów wakacyjnych w Twoim salonie.

 

A kiedy znajomi zapytają, jakiego skomplikowanego sprzętu używałeś, pokażesz żółtą kamerkę i zacytujesz Duńczyka z Va Banku: taka szajbka.

 

Z tym, że ta szajbka pozwala nagrać do 32 GB filmu w standardzie HD na karcie SDHC. A to znaczy, że możesz filmować pod wodą prawie 8 godzin. Z przerwami na ładowanie baterii oczywiście. To wystarczy, żeby mieć na jednej karcie tygodniowe morsko - plażowe wyczyny dzieci, czy wszystkie upadki żony, uczącej się kite-surfingu.

 

A jeżeli przypadkiem żeglujesz, docenisz fakt, że kamera Sanyo XACTI VPC-WH1 jest bardziej odporna na bryzgi wody, niż niektórzy członkowie załogi. Oni natomiast docenią twoje dokumentalistyczne wysiłki. Ale poczekaj z projekcją filmów, aż zejdą im wszystkie z trudem pozbierane siniaki i zapomną o objawach choroby morskiej. Albo choćby jeziorowej.

 

A kiedy już raz nabawisz się Sanyo XACTI VPC-WH1 - szybko dojdziesz do wniosku, że na rodzinne i przyjacielskie wypady w dowolne mokre miejsce na Ziemi nie ma co zabierać innych, bardziej czułych i nieodpornych sprzętów. Sanyo XACTI VPC-WH1 sprawdzi się w każdych warunkach. No może niekoniecznie na dnie norweskiego fiordu. Ale tam potrzeba już bardzo profesjonalnego sprzętu.

 

 

 

Bukiet możliwości bez narzekania

Zamieniłeś stary stacjonarny komputer na laptop a w domu stoi smętnie zakurzony, ale ciągle niezły monitor? Przydała by się przejściówka. Z Mini Display Portu w twoim komputerze na VGA lub DVI. Normalnie można iść do sklepu, kupić i ewentualnie ponarzekać, że drogo. Normalnie. Ale teraz możesz zrobić nienormalnie i kompletnie bez narzekania. A na dodatek z dziką satysfakcją.

 

Kup przejściówkę bludot z Mini Display Port na HDMI. No dobrze. Każdy wie, że to niczego nie załatwia. Monitor nie ma wejścia HDMI i nigdy nie będzie miał. Choćbyś nie wiadomo co robił, przez HDMI go nie podłączysz. Ale mimo wszystko. Kup tę przejściówkę. Bo do niej dostaniesz dwie następne: bludot Mini Display Port na VGA i Mini Display Port na DVI. I sprawa załatwiona. 

 

No tak, tylko została jeszcze przejściówka Mini Display Port na HDMI. A jakoś nie masz jeszcze ani telewizora z HDMI ani żadnego takiego urządzenia. Ale nie rozpaczaj. W końcu kiedyś zmienisz telewizor. I wtedy będziesz się cieszył, że skorzystałeś z promocji. No bo w sumie dostajesz do ręki cały bukiet możliwości. Możesz podłączyć wszystko, co wyświetli obraz z twojego laptopa. Stare i nowe projektory i monitory, a nawet te wielkie ciekłokrystaliczne telewizory w niektórych salach konferencyjnych. Wszystko stanie się dostępne. 

 

Tylko jedna uwaga: jeżeli chcesz sobie ten bukiecik przejściówek zerwać - spiesz się. Liczba promocyjnych zestawów jest ograniczona. Potem znów będziesz musiał zbierać po sztuce. I tym razem bez narzekania się nie obejdzie.

 

 

 

MacBook z iPhoto, czyli wydawnictwo pod ręką - Album jak z National Geographic. Albo i lepszy

Ze zdjęciami jest zawsze problem. Zwłaszcza ostatnio. Kiedyś w podróż zabierałeś kilka rolek filmu, myślałeś nad każdą klatką, żeby tego filmu nie zmarnować, potem denerwowałeś się nad każdym poruszeniem, czy prześwietleniem. Świat dał kilka kroków do przodu i teraz na niewielkiej karcie zapisujesz kilka setek zdjęć. Na przykład 200 w czasie trzydniowego wyjazdu. To raptem nieco ponad 60 klatek dziennie. Nie więcej niż 5-6 na godzinę. Bo przecież trzeba czasem coś zjeść i się wyspać.

 

Problem zaczyna się po powrocie. Zrzucisz zdjęcia na dysk. Ba, wypalisz płytkę. I tyle. Czasem któreś zdjęcie wyda Ci się na tyle interesujące, żeby je wydrukować i oprawić. A może by tak wydrukować i oprawić cały album. Taki jak specjalne wydania National Geographic. A może nawet lepszy.

 

Nie, nie potrzeba do tego ani studia graficznego, ani grafików. Wystarczysz Ty, Twój Mac i iPhoto z pakietu iLife. I nawet nie musisz się specjalnie wysilać. Jeżeli wystarczy Ci albumik - reportaż z podróży, iPhoto poukłada zdjęcia za Ciebie. Wystarczy, że wybierzesz jeden z dostępnych wzorów, a są naprawdę nieźle przygotowane graficznie. Potem tylko dodasz opisy.

 

Oczywiście możesz podejść do albumu bardziej twórczo. Poukładaj zdjęcia według własnego pomysłu. To żaden problem. Wystarczy je powrzucać w wolne miejsca. Możesz też zlokalizować poszczególne fotografowane miejsca na mapie, dzięki funkcji geotagowania (ma je coraz więcej aparatów). No i możesz nauczyć iPhoto rozpoznawać twarze swoich bliskich, kolegów, dosłownie wszystkich, którzy pojawiają się na zdjęciach.

 

Szybko przekonasz się, że iPhoto rozwiąże kilka problemów. Po piersze - organizacji Twoich zbiorów zdjęć. Po drugie - ich opisów. Po trzecie - prezentów. No właśnie tak. Pomyśl, ile razy zastanawiasz się nad prezentem urodzinowym czy imieninowym. A taki album, wydrukowany w jednym egzemplarzu, to prawdziwa perełka wydawnicza. Nawet, jeżeli zdjęcia są średniej jakości - za kilkadziesiąt lat takie osobiste wydawnictwo może być warte małą fortunę. Nie wierzysz? Sprawdź na Allegro ile kosztują międzywojenne albumy. Możesz się zdziwić.

 

Nie potrzebujesz nawet specjalnej firmy, która wydrukuje albumik. Wystarczy średniej klasy drukarka i przyzwoity papier. Oprawę zamówisz wszędzie. Taki drobiazg, a cieszy. I wyobraź sobie półkę na swoim regale, wypełnioną takimi własnymi albumami. Niezły sposób na dziewczyny. I na wujka spod Białegostoku też.

 

A jak już zrobisz album, skorzystaj z jednego z wzorów pokazu slajdów w iPhoto i przygotuj szybki film promocyjny z fajną muzyką, dostępny np. na YouTube czy FaceBooku. Masz 100 procent gwarancji, że Twoi znajomi będą się zastanawiać, ile trzeba wydać na takie fanaberie. A jak już usłyszysz ich wszystkie achy i ochy, pokaż im iPhoto na Twoim Macu.

 

 

 

Bluza Johna Lennona, czyli Twoja osobista Myszka Mickey

Przyznajcie się, lubicie oglądać z dziećmi bajki Disneya czy Pixara. No przyznajcie się. Każdy lubi. Te proste, sprawnie opowiedziane fabułki, błyskotliwe animacje i niewymuszony dowcip... Potem aż się chce popatrzeć na sympatycznych bohaterów. Co z tego, skoro producenci komputerów uparli się i wszystkie laptopy, myszy, pamięci USB robią takie bardziej podobne do siebie. Można zaszaleć tylko zmieniając tapetę.

 

Tylko? Niezupełnie. To dla waszych dzieci i chyba dla was też Cirkuit Planet produkuje akcesoria komputerowe ozdobione wizerunkami postaci z bajek Disneya i Pixara. Wyobraźcie sobie szkolnego netbooka waszych dzieci ozdobionego zabezpieczającą naklejką z bohaterami Toy Story czy przyjaciółmi Kubusia Puchatka. Albo głośniki biurkowe, z których śmieje się Myszka Mickey. Jest w czym wybierać: Myszka Mickey, Kubuś Puchatek, królewny i księżniczki, wróżki, Auta, Toy Story, a nawet Hanah Montana i High School Musical 3. Odpowiednie gadżety znajdziecie w katalogu: od skórek na pokrywę laptopa czy netbooka, przez myszy i pamięci USB, po głośniki, słuchawki, kamery internetowe i pokrowce na laptopy. Wszystko najwyższej jakości, bo to nie bazarowe podróbki, tylko oryginalne licencjonowane produkty.

 

A jak już pomyślicie o dzieciach, które przecież uwielbiają swoich filmowych bohaterów, pomyślcie też o sobie. I zafundujcie sobie zestaw ozdobiony klasycznym rysunkiem samego Walta Disneya. Może tylko pendrajwa, a może pokrowiec. Podkreślą waszą indywidualność i dystans do rzeczywistości. Coś, jak naszywka z Myszką Mickey na rękawie mundurowej bluzy Johna Lennona. Taka kontestacja korporacyjnej powagi.

 

A jeżeli sytuacja będzie jednak wymagała od was tej śmiertelnej powagi, na kilka godzin zostawicie Myszkę Mickey w szafie. Nawet tę z klapy waszych laptopów. Potem może tam wrócić. Chyba, że akurat przyszła wam ochota na duchy od Tima Burtona. W końcu każdy może wybrać to, co lubi.

 

 

 

Kaliber 110 mm

Nie musisz być szalejącym reporterem, żeby w ciągu jednego wyjazduwyprodukować gigabajty wspomnień. Nie trzeba też do tego ekipy filmowej. Dziś wystarczy lustrzanka cyfrowa, która nie tylko robi perfekcyjne zdjęcia, ale również nagrywa filmy w jakości HD, dysponując matrycą i obiektywami o niebo lepszymi, niż jakakolwiek cyfrowa kamera.

 

Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy po 10 dniach zaczynasz szukać miejsca na kolejne fotki i skrętki. Bo nawet najpojemniejszy dysk laptopa kiedyś się zapycha. A nie będziesz wyrzucać do śmieci choćby fragmentów zapierającego dech przejazdu przez Czarnogórę i ani jednego zdjęcia niemieckich emerytów grzebiących w piasku Korfu.

 

Twoim pomocnikiem od dziś będzie Iomega? Prestige? Portable Hard Drive Compact Edition, niewielki przenośny dysk USB o pojemności 1 TB. To wystarczy, żeby przechować 120 godzin filmu HD. Jesteś w stanie nakręcić10 godzin filmu dziennie podczas dwutygodniowego wyjazdu? Tyle nie robią nawet profesjonaliści. Więc ciągle będzie na nim miejsce na zdjęcia,nawet w formacie RAW, dźwięki nagrane iPhonem i wszystko, o czym tylko pomyślisz.

 

Iomega? Prestige? Portable Hard Drive Compact Edition jest perfekcyjnymtowarzyszem podróży. Jego płaska 110-milimetrowa obudowa zmieści się w każdym, nawet maksymalnie napchanym plecaku, albo w dowolnej kieszeni. I nie musisz martwić się o jego stan. Aluminiowa obudowa jestwystarczająco wytrzymała, by go ochronić, a system Drop Shock zabezpiecza dane przy upadku. Oczywiście to nadal dysk. Choć dobrzezabezpieczony. Więc może nie podkładaj go pod opony samochodu 4x4 ani nie próbuj przerzucać tam danych w czasie raftingu, na samym środku rwącej rzeki. W innych sytuacjach sprawdzi się doskonale.

 

Teraz zastanawiasz się jak wielki akumulator będziesz musiał wozić, chcąc zmusić do pracy terabajtowy dysk... Iomega? Prestige? Portable Hard Drive Compact Edition nie potrzebuje dodatkowego zasilania. Pobiera energię z portu USB twojego laptopa. Gdyby było jej za mało ? powie o tym, mrugając kontrolką na obudowie. W zestawie znajdziesz odpowiedni kabelek z podwójną końcówką USB. Obie poradzą sobie z zasilaniem.

 

No i jak to u Iomegi bywa ? sam dysk, współpracujący z Windowsem i Mac OS X ? to dopiero początek zabawy. Wraz z nim dostaniesz pakiet ochronny: Iomega? Protection Suite zawierający oprogramowanie Trend Micro? Internet Security (darmowa roczna subskrypcja), EMC? Retrospect? Express Backup, Iomega QuikProtect oraz darmowy dwugigabajtowy MozyHome? Online Backup. To wystarczy, żeby zabezpieczyć i dane, i komputer.

 

Powinieneś wiedzieć coś więcej? Może tylko tyle, że ten mały dysk wielkiego kalibru zmieści ćwierć miliona piosenek, albo pół miliona zdjęć, albo niemal 400 godzin filmów DVD, albo wspomniane 120 godzin filmów HD. I zawsze możesz go mieć przy sobie. Choćby w kieszeni szortów.

 

 

 

W samym środku bitwy, czyli HiFi na biurku

Gwizd kuli, przelatującej z lewej strony, jęk hamulców jeepa, którego właśnie osadziłeś, żeby schować się przed snajperem, dalekie dudnienie artylerii i coś jeszcze ...ta niepokojąca muzyka w tle. To nie film, w którym grasz. Właśnie znalazłeś się w samym środku bitwy. O twoje uszy. A walczą o nie Bowers & Wilkins MM-1, pierwsze prawdziwe głośniki HiFi do komputera, które da się postawić na biurku.

 

Jasne, że korzystanie z doskonałych głośników stereo wyłącznie do wczuwania się w atmosferę gier, byłoby czystym marnotrawstwem. Z drugiej strony oprawa muzyczna wielu gier FPS (First Person Shooting) osadzonych mocno w historii, jak Medal of Honor, czy Call of Duty aż prosi się o doskonały dźwięk. A MM-1 zapewnią go bez dwóch zdań.

 

A teraz pomyśl o filmach, które czasem oglądasz na wyświetlaczu swojego komputera. Ile razy narzekałeś na brzęczące dźwięki z wbudowanych głośniczków? A teraz - proszę bardzo - słychać muzykę. I dialogi jakieś bardziej przyswajalne. Nawet, jeżeli zwykle czytasz napisy.

 

No dobrze, ale co się kryje w tych dwóch niepozornych czarnych kostkach? Przede wszystkim po dwa głośniki w każdej. Tak jak w pełnowymiarowych kolumnach. Jeden z nich obsługuje niskie i średnie tony. Drugi emituje wysokie dźwięki. I nie jest to jakiś tam głośniczek wysokich tonów. To specjalny głośnik z tubą Nautilus, która świetnie tłumi niepożądane drżenie konstrukcji i daje znacznie lepszy dźwięk wysokich tonów. Dokładnie takie same głośniki stoją w najlepszych studiach nagraniowych na świecie.

 

MM-1 kryją w sobie również nietypową technologię cyfrowej obróbki dźwięku. Nie chodzi tu wcale o obcinanie częstotliwości, co zwykle kryje się za handlowym opisem na opakowaniu głośników i słuchawek. Wyobraź sobie niewielkie głośniki HiFi, których brzmienie najlepiej słychać tam gdzie siedzisz - czyli zwykle kilkadziesiąt centymetrów od monitora. I uwierz, jak byś nie kręcił zwykłymi głośnikami do komputera - takiego efektu nie znajdziesz.

 

Cudów ciąg dalszy: nawet ustawione na full MM-1 nie trzeszczą. No i nie pozwalają odczuć jak tanią kartę dźwiękową producent zamontował w Twoim komputerze. Głośniki MM-1 załatwiają resztę. Ba, spróbuj podłączyć słuchawki do ich wyjść. Zrozumiesz, czym się różni dźwięk z laptopa od prawdziwego dźwięku.

 

Szybko też zrozumiesz, czemu w zestawie nie ma subwoofera. Dzięki technologii Dynamic EQ te dwa niewielkie głośniczki dają sobie świetnie radę z pełnym, mocnym i przestrzennym basem. Bez potrzeby przypinania grubego kolegi.

 

No dobrze. I po co to wszystko? Głębokie basy, wyraziste wysokie tony, efekt HiFi dokładnie na twoim fotelu? I jeszcze wszystko sterowane wygodnym pilotem... Jak to po co! Żebyś mógł znaleźć się w samym środku bitwy. Albo odpłynął przy muzyce. A jeżeli masz jeszcze jakiś inny pomysł - po prostu go zrealizuj.

 

 

 

Co nas kręci i zdejmuje…

Policzyłeś już swój wakacyjny sprzęt? Płetwy, maska i fajka do nurkowania, iPod z ładowarką, telefon… też z ładowarką, kamera, aparat… też z hm ładowarkami… A może odrobinę ograniczyć liczbę sprzętu i zamiast taszczyć kamerę, kompaktowy aparat i potrzebny do nich osprzęt zainwestować w nowiutką Sanyo Xacti VPC SH-1?

 

No tak. ale po co kupować nową kamerę, skoro już masz i kamerę i aparat? Bo Sanyo zrobiło coś, co łączy oba te urządzenia w jednym. I to nie jest tak, że jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. Sanyo Xacti VPC SH-1 robi świetne zdjęcia i doskonałe filmy. Tego nie potrafi żadna kamera z możliwością robienia zdjęć, ani żaden aparat z możliwością robienia filmów. Może poza bardzo kosztownymi lustrzankami. Ale zdziwiłbyś się ile takie cudo zajmuje miejsca w bagażu. Wystarczy policzyć body i obiektywy. No właśnie. Sam teleobiektyw 1050 mm zająłby sporo miejsca. Sanyo Xacti VPC SH-1 mieści w sobie wystarczająco dużo soczewek i elektroniki, żeby taki teleobiektyw zastąpić. Wystarczy, żeby robić zdjęcia i filmy przyrodnicze w afrykańskim buszu, albo filmować celebrytów na plażach Saint Tropez.

 

Tymczasem Sanyo Xacti VPC SH-1 jest malutka. Chyba najmniejsza na rynku. Oczywiście nie mówimy o tych mikroskopijnych kamerach, które robią zdjęcia i filmy jakości niewystarczającej do rozpoznania twarzy, czy postaci. Mówimy o kamerze, której wnętrze kryje 3,5 megapixelową matrycę, większą niż w dowolnej kamerze HD i wystarczającą do zrobienia świetnych, nawet szerokokątnych zdjęć. Ba, parametry Sanyo Xacti VPC SH-1 wystarczą, żeby pójść krok dalej niż zwykłe HD. Bo już za drzwiami stoi technologia iFrame, której ta niewielka kamerka Sanyo doskonale sprosta.

 

Pomyśl zresztą sam. Która kamera tej klasy zaoferuje jednocześnie szerokokątny obiektyw z trzydziestokrotnym powiększeniem (pamiętaj - do tego przyda się jeszcze statyw), możliwość robienia dobrych zdjęć i jeszcze zmieści się w plecaku między płetwami a butami do wspinaczki. Słowem - wybór wydaje się prosty.

 

 

 

Bonus, czyli to co najlepsze

Jeżeli umknęło wam to cudo, to lepiej się pospieszyć. iSource wydał kolejny Bonus Disk - zestaw najciekawszych programów i narzędzi dla każdego Maca. Łza się w oku kręci. Kiedyś takie dyski pojawiały się, długo, bo przez miesiąc wyczekiwane, z kolejnymi wydaniami MacAddicta, czy MacWorlda.

 

Wtedy miało to jeszcze inny sens. Sieć raczkowała, oferując zawrotne prędkości 56 kbps w połączeniach modemowych. Teraz po internecie śmigamy jak rakiety i ściągamy to, co nam potrzebne. Ale uwierzcie, wielu ludzi nadal trzyma w domu swoje kolekcje macaddictowych płytek.

 

Wracając do iSource Bonus Disk #4, każdy znajdzie tam coś dla siebie, albo przynajmniej inspirację. Na niemal 8,5 gigabajtach płyty DVD (dual layer) zmieściły się jedne z najciekawszych, a jednocześnie najbardziej przydatnych free-, sharewarów i wersji demo. Dość wymienić Adium i Proteusa - najlepsze multikomunikatory, łączące w sobie elegancję, modalność i użytkowość, albo Transmission - jeden z najlepszych klientów wymiany plików P2P. Albo elementy pakietu Retrospect i gry Lego Batman i Lego Indiana Jones.

 

Ale to drobiazgi. Tym razem iSource Bonus Disk zawiera również książki, m.in. "Księgę Dżungli" Rudyarda Kiplinga i "W pustyni i w puszczy" Henryka Sienkiewicza. Oraz ponad sto innych, zróżnicowanych tytułów. Wypróbujcie swoje palmtopy, PDA i czytniki e-booków. Zobaczycie, że te stare lektury nabierają nowego smaku czytane na elektronicznych ekranach.

 

Stare płyty MacAddicta i MacWorlda miały jedną wspólną cechę. Pokazywały fragmenty cyfrowej rzeczywistości i jednocześnie zachęcały do poszukiwań innych rozwiązań. iSource Bonus Disk wprost czerpie z tamtych doświadczeń i wnosi nowe. I grzechem byłoby z nich nie skorzystać.

 

 

 

Galeria jednej ramki

No może nie jednej - a trzech. W końcu każdy może sobie wybrać, co mu najbardziej odpowiada: dyskretną elegancję, albo mały lub wielki luksus. Bo tak najkrócej można opisać cyfrowe ramki Parrota, zaprojektowane przez najlepszych współczesnych designerów. Najlepszych, czyli takich, którzy sami doszli do wniosku, że cyfrowa ramka na zdjęcia wcale nie musi wyglądać, jak krzemowo-plastikowe pudło zatopione w plexiglas.

 

Szczerze mówiąc, te ramki są trochę jak pogoń za marzeniem wziętym wprost z książek o Harrym Potterze, W końcu zdjęcia przestają być nieruchome. Bo w ramkach Parrota z serii Specchio i Grande Spechio możesz również wyświetlać filmy nagrane komórką...

 

Z resztą, sama specyfikacja techniczna mówi za siebie. O pamięci lepiej nie wspominać. W końcu po co deformować projekty Andree Putman i Martina Szekely dodatkowym miejscem na dodatkowe kości. Wystarczą złącza USB i sloty kart SD dyskretnie ukryte z tyłu, by pamięcią dysponować w dowolny sposób. Ale to nie wszystko. Oba projekty zostały wyposażone w moduły bluetooth i WiFi. Mogą więc korzystać z bibliotek zdjęć zmagazynowanych na wszystkich Twoich komputerach. Oczywiście, jeżeli tak będziesz chciał.

 

I nie musisz się przejmować ani rozmiarami zdjęć ani ich ustawieniem w pionie czy w poziomie. Ramka sama wybada jakie to zdjęcie i automatycznie dopasuje je do swojego formatu. Podobnie będzie z filmem. Więc może to właśnie początek ery ruchomych zdjęć...

 

No i wreszcie przestaniesz się zastanawiać, czy koniecznie trzeba włączać komputer, żeby pokazać gościom zdjęcia z ostatnich wakacji. Wystarczy ramka, karta z aparatu, albo pendrajw ze zdjęciami. Możesz ich posadzić przy kawie, a samemu zająć się przygotowywaniem odlotowej kolacji. Jedno i drugie powinno wywrzeć oszałamiające wrażenie.

 

A teraz pomyśl, ile odbitek, ramek i gwoździ, albo albumów wymagałoby przygotowanie galerii choćby z ostatnich wakacji. I jak łatwo te same zdjęcia mieć zawsze pod ręką. W dyskretnej ramce Andree Putman, albo w eleganckim zwierciadle magicznym Martina Szekely. Mniejszym, albo większym - jak wolisz.

 

 

 

Prezent dla dziecka? Dziecinnie proste

Dziecko można zadowolić byle czym. To wie niemal każdy. Ale też jakoś każdy wie, że dzieci mają dobrą pamięć. I będą pamiętały każdego niedorobionego chińskiego pluszaka i rozsypujący się samochodzik. Ba, przyjdą w którymś momencie z częściami zabawki w rękach i powiedzą - tak zupełnie bez wyrzutu - ale z wyczuwalnym smutkiem: Patrz.

 

I zaraz się człowiekowi głupio robi.

 

To może tak tym razem nie opędzać Dnia Dziecka kolejną maskotką. Choćby i najkosztowniejszą. Dzieciaki i tak wiedzą, co jest fajne. Tak jak iPod.

 

Możesz wybierać z całej gamy: od maleńkiego shuffle, który przypomina breloczek do kluczy a jest w stanie pomieścić więcej muzyki niż kilka płyt kompaktowych, przez iPoda Nano - mały wielki odtwarzacz, z pamięcią wystarczającą na przechowywanie kilkudziesięciu godzin muzyki, kilku filmów i gier, z wbudowaną kamerą, aż po iPoda Touch - jeden z najciekawszych i najbardziej nowatorskich odtwarzaczy współczesnego świata.

 

iPod Touch jest za bardzo zaawansowany dla dzieci? Nic bardziej błędnego. To one najszybciej odkryją jego zalety: multidotykowy ekran, który pozwoli na zabawę zdjęciami i obrazkami, czujnik ruchu, który doda realizmu grom, duży wyświetlacz, na którym w czasie jazdy do szkoły można oglądać kreskówki... Ale to nie wszystko. Nagle dostaną dostęp do ciekawych filmów edukacyjnych, publikowanych w iTunesU - specjalnej sekcji iTunes Music Store pełnej wiedzy dla każdego poziomu nauczania. No i oczywiście będą mogły wykorzystać iPoda Touch do słuchania swojej własnej kolekcji muzyki. A jego pojemność wystarczy, żeby przechowywać tam wszystkie ulubione utwory.

 

Ale to nie wszystko. iPod Touch łatwo zmieni się w elektroniczną książkę. Pomyśl, że nareszcie nie będziesz musiał poszukiwać lektur szkolnych. Znakomita większość, jeżeli nie wszystkie, jest dostępna w wersji cyfrowej. I nie bój się, że dziecko odwyknie od drukowanych książek z epoki Gutenberga. iPod Touch będzie podręczną biblioteczką, a jej dostępność zachęci każde dziecko do czytania.

 

No i koniec końców iPod Touch może być też znakomitym towarzyszem wypraw w internet. Dzięki wbudowanemu WiFi pozwoli połączyć się z domową siecią bezprzewodową i dowolnym dostępnym Hot Spotem. I jeżeli wydaje Ci się, że to ograniczy Twoją kontrolę na dostępem dziecka do internetu - to się mylisz. Ono samo szybko przekona się, że zakazany owoc smakuje tylko wtedy, kiedy jest zakazywany. A jeżeli może niemal zawsze i wszędzie skorzystać z sieci, to jej użytkowanie stanie się tak powszednie, jak jazda autobusem.

 

Ale jeżeli to Cię nie przekonuje, zawsze możesz zabezpieczyć iPoda Touch przed pobieraniem niebezpiecznych dla dziecka treści. To wcale nie trudne. A gdybyś nie zorientował się sam - zawsze możesz skorzystać z dostępnych w sieci porad. Choć to raczej nieprawdopodobne, bo obsługa iPoda Touch jest... hmmm... dziecinnie prosta.

 

A teraz najlepsza część historii. Dziecko wyposażone w iPoda Touch jest idealne do obdarowywania. Zawsze możesz mu kupić nową książkę, płytę, grę czy film, albo dodatkowe akcesoria. I to nie ruszając się z domu. Wystarczy kilka kliknięć. A satysfakcja z zadowolonego dziecka - nieoceniona.

 

 

 

Angielskie śniadanie bezprzewodowo (iConnect Wireless Data Station - urządzenie udostępniające dyski USB w sieci)

Kiedy ostatnio jedliście angielskie śniadanie? To zjawisko pojawia się codziennie na stołach wysp brytyjskich i jest bodaj największym osiągnięciem angielskiej kuchni. Podpiekane kiełbaski, sadzone jajka, smażone z dwóch stron, albo prosta jajecznica, chrupiący bekon, kawałki podsmażonych pieczarek i smażone zielone pomidory... I oczywiście pieczona fasolka w sosie pomidorowym.

 

Za dużo? Ale jaka różnorodność! Niemal jak w iConnect Wireless Data Station. To chyba jedyny terminal, który jest w stanie unieść tyle smaków i gustów, ile oferuje angielskie śniadanie. Wyobraźcie sobie rodzinę, która lubi wymieniać się filmami. Trzyosobowa rodzina, znosząca codziennie do domu kilka gigabajtów filmów o dalszej rodzinie, sceny nakręcone telefonem w drodze do pracy czy szkoły, albo rozrywki podesłane przez współpracowników. W sumie to te same kiełbaski i sadzone jajka, tylko jakby inaczej podane. Do tej pory musieli korzystać z portów USB w komputerze. A to problem. Teraz, z pomocą iConnect Wireless Data Station, mogą wymieniać się przez sieć bezprzewodową.

 

OK. było entuzjastycznie, teraz będzie praktycznie. Mówimy o urządzeniu, które, jak żadne inne pomaga w zarządzaniu nie tylko podłączonymi pamięciami USB. Pozwala też na synchronizację między nimi. No i znakomicie ułatwia nie tylko korzystanie z rozrywki, ale i pracę. Choćby podczas konferencji, na której kilka osób ma do pokazania kilka prezentacji. Zwykle żelaznym punktem takich spotkań jest zmiana komputerów przy projektorze, albo choćby przepinanie pamięci USB w komputerze prezentacyjnym z iConnect Wireless Data Station można szybko problemowi zaradzić. Pomyślcie o czterech prezentatorach, którzy wpinają swoje pendrajwy do iConnect a potem płynnie przechodzą od prezentacji do prezentacji. Czysta oszczędność czasu. I cierpliwości słuchaczy.

 

Ale to nie koniec. Nawet przy mizernej znajomości techniki iConnect Wireless Data Station pozwala na dostęp do urządzeń USB przez internet. Wyobraźcie sobie wasze niebywałe zbiory zdjęć przydrożnych kamieni, które udostępniają się niemal na pstryknięcie palcem. Wystarczy wpiąć dysk USB - nie ważne czy przenośny, czy biurkowy do iConnect połączonego z ruterem. Bezprzewodowo - rzecz jasna.

 

Mniejsza o zdjęcia. Oprogramowanie iConnect na dobrą sprawę pozwala na uruchomienie małej telewizji czy radia, bo daje możliwość streamingu obrazu i dźwięku. Użytkownicy Apple docenią jego zalety m.in. jako dodatku do obsługi backupu Time Machine. Użytkownicy Windowsa i Linuxa też nie będą narzekać. Mogą wykorzystać urządzenie nie tylko jako bezprzewodowy hub USB, ale np. jako serwer drukarek. Bo iConnect doskonale spisuje się we współpracy ze wszystkimi systemami. I we wszystkich oferuje przejrzysty interfejs, którego nie trzeba się uczyć. Słowem same plusy. No i są jeszcze plusy w postaci oprogramowania. Bo z iConnect Wireless Data Station nabywasz prawo do użytkowania Iomega Protection Suite, z Iomega Quick Protect do archiwizacji plików, EMC Retrospect Express lub HD do archiwizacji danych i darmową subskypcję programów antywirusowych i antyszpiegowskich.

 

Z angielskim śniadaniem jest tak, że albo się je kocha, albo nie zna. Z iConnect Wireless Data Station będzie podobnie. Szybko przekonacie się, że to niemożliwe, że przez tyle lat obywaliście się bez niego.

 

 

 

Centrum dowodzenia: kanapa (Belkin Bluetooth Music Receiver)

Ile razy jest tak, że przypiąłeś już swojego iPoda, lub iPhona do stereo, albo tych nowych odlotowych głośników, ustawiłeś listę odtwarzania, wyciągnąłeś się na kanapie, dźwięk dociera do każdej komórki twojego ciała... Ale zaraz, przecież masz na iPodzie bardzo podobną piosenkę. I to dobry moment, żeby jej posłuchać. Właśnie teraz. No właśnie.

 

Tylko trzeba wykonać nadludzki wysiłek, porzucić wygodną pozycję, przemierzyć kilka metrów pokoju. I z powrotem... Albo przysunąć kanapę bliżej iPoda... Bo iPoda już bliżej kanapy się nie da...

 

A właśnie, że się da. Nie tylko bliżej kanapy. Generalnie tam, gdzie będziesz miał ochotę odtwarzać z niego muzykę. I wcale nie chodzi o kolejne słuchawki dla złotouchych. Wystarczy to stereo, które już masz. Albo te same głośniki. I przypięty do nich Bluetooth Music Receiver Belkina.

 

To maleństwo, przypominające duży guzik na sznurku świetnie skomunikuje każdego wyposażonego w bluetooth iPoda i wszystkie iPhony z dowolnym zestawem nagłaśniającym. Wystarczy go przypiąć do tego samego gniazda, do którego do tej pory przypinałeś iPoda.

 

A jeżeli wydaje Ci się, że twój iPod tego nie potrafi, bo nie ma wbudowanego modułu bluetooth, to Ci się tylko tak wydaje. Wystarczy dokupić dowolny moduł bluetooth dedykowany dla złącza iPoda. A potem wygodnie rozłożyć się na kanapie i sterować muzyką ze swojego centrum dowodzenia. Z Belkin Bluetooth Music Receiver to naprawdę proste.

 

 

 

Rower, zegarek i...

Pewnie też czasem zastanawiasz się, czemu Pierwsza Komunia jest zdominowana przez prezenty. Dzieci dostają rowery, zegarki, konsole do gier... Ich uwagę zaprzątają prezenty. A może pora sięgnąć po prezenty, które ukierunkują ich uwagę na to, co przy Pierwszej Komunii powinno być najważniejsze?

Choćby iPod Touch z programem Biblia itunes.apple.com/pl/app/biblia-polish-bible-collection/id328907494?mt=8. Trudno namówić młodego człowieka do przeczytania biblijnych historii w wersji książkowej. Teraz damy mu do ręki jedno z najbardziej zaawansowanych narzędzi współczesnego świata, które posłuży mu nie tylko do zabawy, ale również do poznawania biblijnej historii. Z tego samego programu można równie dobrze korzystać na iPhonie.

Ale umówmy się, ani iPod Touch, Ani iPhone nie zaoferują tego, co BeBook - czytnik książek elektronicznych. Ma duży ekran, opracowany w technologii e-papieru. To znaczy, że jego wyświetlacz najbardziej przypomina strony tradycyjnych książek. Jakich? To już każdy może wybrać. Choćby „Historie Biblijne” Zenona Kosidowskiego, albo znakomity i trafiający do dowolnego odbiorcy „Wielki Rybak” Lloyda C. Douglasa. Ale nie tylko. Na wbudowanej pamięci 512 MB pomieści się nie tylko Biblia, ale też cały zestaw lektur szkolnych i wszystko to, co młody człowiek chciałby przeczytać. A najlepsze jest to, że ta cała wielka iblioteka zmieści się w jednej kieszeni.

A może pójść o krok dalej. W końcu zachęcić dziś dzieci do czytania jest wyjątkowo trudno. Może więc zaproponować im coś prosto do uszu? Nawet nieiwelki iPod Shuffle potafi świetnie zainteresować czytanymi książkami. Zwłaszcza, jeżeli czytają je dobrzy aktorzy. A takich audiobooków znajdzie się całe mnóstwo. Wystarczy, by każde dziecko miało zajęcie przynajmniej na 2 miesiące. Choćby w autousie, którym jeździ do szkoły.

Oczywiście te same możliwości oferuje iPod Nano. Ma jednak jeszcze jedną przewagę. Na jego ekranie można oglądać setki darmowych filmów edukacyjnych, do ściągnięcia ze strefy  uTunes w internetowym sklepie iTunes.

Oczywiście możecie też rozważyć zakup MacBooka, jednego z niewielu laptopów, które gwizdają na wirusy, albo Maca mini, komputera, który pod obudową wielkości pudełka czekoladek kryje moc wystarczającą do rozgrywania skomplikowanych gier 3D...

Ale tak naprawdę, kiedy będziecie dawać pierwszokomunijny prezent, będzie się liczyła wasza intencja. A ta da się wyrazić w myśleniu o przyszłości dziecka.

 

 

 

Co by tu jeszcze dokupić, czyli wiosenny tuning iPoda

Z kupowaniem iPoda jest jak z kupowaniem samochodu. Siada człowiek, patrzy na to nowe cudeńko i zastanawia się: co by tu jeszcze do niego dokręcić. Z samochodami jest łatwiej. Można sobie strzelić nalepkę na szybę, albo atrapę podwójnego wydechu. Oferta nieco ograniczona. Poważnie.

 

Z iPodem zabawa w zakupy dopiero się zaczyna. Zwłaszcza, jak macie choć trochę zacięcia sportowego. Bo to doskonały partner do joggingu, na siłownię czy rower. A wiosną wszystkie mięśnie aż się proszą, żeby je odrobinę ponaciągać i rozruszać.

 

Tak, oczywiście wyjęty prosto z pudełka iPod już sam w sobie jest wystarczająco sportowy. Ale pomyślcie o samych pokrowcach i armbandach. Zwłaszcza te ostatnie, sportowe modele to skrzyżowanie futurystycznego designu i kosmicznych technologii wykonania. Takie małe dzieło sztuki. Najprostsze produkty Belkina już robią wrażenie: neoprenowe etui do iPoda nano nie tylko świetnie dopasuje się do ramienia i pozwoli używać iPoda podczas najbardziej ekstremalnych biegów, ale ma również kieszeń na klucz, który do tej pory pętał wam się po kieszeniach i generalnie przeszkadzał. Podobną opaskę Belkin przygotował dla iPoda touch. Ale jeżeli to was nie przekonuje - zerknijcie na armbanda od Extrememac. Wasze iPhony będą w nim wyglądały jak część wyposażenia US Marines.

 

Tylko niech się nikomu nie zdaje, że odjechane etui to wszystko, co można dołożyć do iPoda. O programie Nike+iPod wielu już słyszało. Zabawny czujnik montuje się w bucie i można zaczynać trening. Na dzień dobry sygnał z czujnika pozwoli iPodowi dostosować najlepszą muzykę do waszego tempa. Ale to nie wszystko. Pozwoli też zarejestrować drogę, a specjalna aplikacja policzy wasze osiągi. I jeszcze zagada - jak dobry trener. Ba, macie gwarancję, że nie będzie się na was wydzierał, jak pan od wuefu w podstawówce.

 

Ale jak nie chcecie nosić butów Nike, nic straconego. Wystarczy poszukać uchwytu do czujnika i założyć go do każdego innego buta. Też zadziała i też będzie przyjemnie.

 

Ale to oczywiście nie wszystko. Co byście powiedzieli na zamontowanie iPoda lub iPhona na rowerze? Nic prostszego. Wystarczy zamontować na nim odpowiedni uchwyt. Można go zresztą dopasować do wielu modeli odtwarzaczy muzyki czy palmtopów. Nawet do konsoli do gier. Tylko nie radzę grać, jak już będziecie jechać. Ale jako uchwyt do nawigującego iPhona będzie jak znalazł. Wreszcie nie trzeba zsiadać z roweru, żeby sprawdzić mapę.

 

Przyda się też sportowa koszulka Urban Tool Grooverider. Wykonana jak najlepsze ciuchy treningowe, ma specjalną kieszeń na iPoda i pilota nadrukowanego na materiale. Z takich cudów korzystają w NASA. Wystarczy przypiąć iPoda do specjalnego złącza, a potem już tylko korzystać. Sam materiał sprawdza się w najbardziej ekstremalnych sportach. Odprowadza pot i szybko schnie.

 

A jeżeli lubicie wiosenne ekstremalne spacery, np. 40 km po górach, przyda się Sportholster, również od Urban Tool. To rzeczywiście ekstremalna kabura, która pomieści iPoda, telefon i setkę innych drobiazgów. A jeżeli wolicie klasykę, wybierzcie Slotbar - torbę, która dzięki specjalnym kieszeniom pomaga w uporządkowaniu wszystkich rzeczy, które nosicie na co dzień poupychane po kieszeniach. Ma kieszenie na iPoda, palmtopa, aparat cyfrowy. Bezpiecznie da się w niej schować portfel, paszport i klucze, a także lekturę na drogę i przewodniki. No i sprawdzi się nie tylko na wycieczkach, ale również na co dzień. Tylko niestety iPad będzie z niej nieco wystawał.

 

Oczywiście to nie koniec tuningowych możliwości iPodów. Wystarczy tylko trochę rozejrzeć się choćby w sieci. Bo sportowych słuchawek, tunerów radiowych, transmiterów samochodowych i innych cudów jest mnóstwo. I szczerze mówiąc warto pospieszyć się z zakupami. Nie, żeby miało braknąć. Ale za chwilę ktoś pokaże kolejne cudeńko i znowu będzie trudno wybrać.

 

 

 

Zrób sobie iMaca w stylu SteamPunk

Masz Maca mini i wymiatający monitor z super-wierną czernią, obrazem prawie-jak-HD i dizajnem w stylu steampunk? No to masz wszystko, żeby zrobić sobie iMaca.

 

Ok. Prawie wszystko. I prawie iMaca. Do szczęścia brakuje tylko kilku śrubek i czegoś, co utrzyma Maca Mini za monitorem.

Czyli Sonnet MacCuff. No i oczywiście minimum chęci.

Ale do rzeczy. Sonnet MacCuff to system montażu i zabezpieczenia Maca Mini. Metalowa ramka, która świetnie dopasowuje się do kształtu tego pudełka po czekoladkach, zostawiając dostęp do jego portów i napędu dysków optycznych. Ba, świetnie pasuje do otworów montażowych, jakie wszystkie współczesne płaskie monitory mają na tylnej obudowie. Nic tylko przykręcać.

No dobrze. Po co? A choćby po to, żeby mieć wszystko pod ręką. Do tej pory trzeba było przesuwać po biurku monitor tak, eby nie wyrwać kabla z Maca Mini. Maca mini trzeba było przesuwać tak, żeby nie odłączyć zasilania i nie wyrwać kabla sieciowego. no i do tego pozostawały nerwowe przesunięcia klawiatury.

No to koniec. Chcesz coś pokazać współpracownikom? Chcesz zaskoczyć ciocię zdjęciami, a matkę filmem z jej urodzin? Kręcisz całym monitorem. Ba, przenosisz go na odległość, na jaką sięgają kable.

 

I zapominasz. O strachu. Że przy okazji ściągniesz z biurka Maca Mini. Proste?

OK. Teraz szczegóły: metalowa obroża na Maca Mini stanowczo powinna pokaleczyć obudowę. Pod warunkiem, że nie jest wykończona wytrzymałą plastikową koszulką. Mac Mini wpasuje się w nią, jak pasażer samolotu w fotel. I to pasażer lotu więziennego. Bo obudowa Sonnet MacCuff pozwala zamknąć się na kłódkę. To przydatne, jeżeli nie wierzysz do końca swojej rodzinie czy pracownikom.

Dobrze. To był żart. No prawie.

 

W sumie to rozwiązanie dla każdego biura. Bo Sonnet MacCuff można mocować nie tylko do monitorów, ale również do blatów biurek. Chcesz zapewnić pracownikom dostęp do oprogramowania i odpowiedniej mocy obliczeniowej? Po prostu pozwól im zabierać Maki Mini. W pracy wsuną je pod biurko, podłączą kable i będą dalej pracować.

A teraz wracamy do steampunk i własnoręcznie zrobionego iMaca. Bo czym w sumie jest iMac, jak nie komputerem, posiadającym własny wyświetlacz. Jeżeli udało nam się zrobić go z dwóch... hmmm... a właściwie z trzech elementów, to i tak mamy sukces. Mało miejsca na biurku, te same funkcjonalności, taka sama skuteczność.

Dobrze. Ale po co komu w tym momencie iMac? Ja bym się najnormalniej przeszedł do salonu i sprawdził. Okaże się że mimo wszystko warto. Choć akurat trzeba by dopłacić. No i jeszcze jedno. Sonnet MacCuff pozwala na steampunkową stylizację.

Pokażcie mi teraz steampunkowego iMaca.

 

 

 

Kompletnie niedyskretna elegancja

Czy kiedykolwiek zastanawialiście się, dlaczego jedne słuchawki „smażą” a inne wprost otaczają muzyką? W zasadzie to proste. Chodzi o precyzję i jakość wykonania. Im więcej jednej i drugiej, tym słuchawkowy dźwięk bardziej zbliżony do rzeczywistości hal koncertowych. Dlatego dyskretne douszne słuchawki iPoda nigdy nie oddadzą pełni dźwięku. Choć się dosyć udanie starają. Jeżeli jednak wasze uszy odróżniają więcej stanów dźwięku niż: „gra” - „nie gra”, to pochylcie się z uwagą nad nowymi słuchawkami Denona AH-D5000 i AH-D7000. To, które ostatecznie przypniecie do swojego iPoda zależy wyłącznie od zasobności kieszeni i od tolerancji uszu na hałas. AH-D7000 są efektywniejsze. Pozwalają na słuchanie muzyki głośniej i w standardzie mocno zbliżonym do wierności. Taki high-end. Ale jedne i drugie pozwolą wam się poczuć jak w samym centrum muzycznego wydarzenia.

 

Ale do rzeczy. Po pierwsze zakładając słuchawki Denona prawie ich nie poczujecie. Są lekkie. Ale wytrzymałe. Ich rama została wykonana z magnezu, muszle wykończono mahoniem, a gąbki są osłonięte skórą. Zapomnijcie o trzeszczeniu niedopasowanych plastików i mokrych obwódkach wokół uszu - jakie gwarantują tanie słuchawki. Oba modele zapewnią wam komfort, jakiego pozazdrości każdy radiowiec. Elegancko wykończone muszle słuchawek kryją w sobie magnesy neodymowe i wyspecjalizowane membrany z mikrofibry, gwarantujące najwyższą jakość odtwarzania dźwięku. W obu modelach postarano się też o maksymalne zmniejszenie wszelkich czynników, które mogłyby wpływać na pogorszenie jakości. Słuchawki są doskonale zbalansowane zarówno przed, jak i za membraną, a ich kable zostały precyzyjnie wyrównane i oprawione w miękką tkaninę. O banalnym złoceniu wtyczek przez grzeczność nie wspomnę. Nie wierzycie, że to działa? sprawdźcie.

 

 

 

Jednak najbardziej zadziwiające jest to, co dla przeciętnych dźwiękolubów daje się wyrazić tylko cyferkami, a dla audiofili ma największe znaczenie: zakres słyszalnych dźwięków. Przeciętny człowiek słyszy dźwięki w zakresie 16-16000 Hertzów. Tak mamy. Ponoć Japończycy słyszą więcej. To teraz wyobraźcie sobie słuchawki, które pozwalaj na słyszenie dźwięków od 5 do 45000 Hertzów. To tyle, ile trzeba, żeby słyszeć śpiewające wieloryby i pisk nietoperza. Robi wrażenie. W słuchawkach Denona AH-D5000 i AH-D7000 zupełnie na nowo usłyszycie Queen, U2, Sex Pistols, Napalm Death i Nigela Kennedy’ego. Zupełnie na nowo. Wszystkie utwory, które przechowywaliście na waszych iPodach - nabiorą zupełnie nowej jakości. To trochę tak, jakby wasze uszy narodziły się na nowo.

 

A tak zupełnie szczerze: lekkie słuchawki elegancko wykończone i jednocześnie dające poczucie uczestniczenia w muzyce, a nie tylko jej słuchania, to świetny sposób, żeby choć na chwilę oderwać się od codzienności. Dosłownie - oderwać się. Bo oba modele gwarantują świetną izolację podczas słuchania muzyki. Ba, wszyscy będą wiedzieć, że teraz jesteście tylko wy i dźwięk. Bo słuchawek Denona nie da się nie zauważyć. Taka niedyskretna elegancja.

 

 

 

Lubisz swój stacjonarny komputer? Zabierz go ze sobą

Do ilu komputerów masz dostęp codziennie? Laptop. No tak. Ale czasem praca na jego małym ekranie to prawdziwa katorga. Jest jeszcze stacjonarny w domu. Wygodny. Ale jak go tu nosić ze sobą. No i ten w pracy. Niby w porządku, ale nic na nim nie wolno dla bezpieczeństwa zainstalować, a czasem by się przydało. Zupełnie legalnie i darmowo. No i jeszcze te problemy z dostosowywaniem. Bo na każdym komputerze potrzebne programy są w innym miejscu, albo akurat ich nie ma, każdy ma inną tapetę i w ogóle jakoś ciężko się przestawić.
No to koniec problemów. Skorzystaj z technologii vClone od Iomega. Nareszcie wszędzie będziesz czuł się tak jak na własnym osobistym komputerze. I to bez potrzeby wożenia go ze sobą.

Jak to możliwe? Całkiem prosto. Bierzesz dowolny przenośny dysk Iomega (USB), instalujesz na nim oprogramowanie v.Clone i odpalasz. Potem już tylko krótki spacerek, dosłownie kilka kroków po interfejsie i v.Clone zaczyna klonować twój dysk.

Nie, nie kopiuje po prostu jego zawartości. Robi klona. Z systemem, plikami, preferencjami, wszystkim tym, co lubisz mieć pod ręką i dawno już poustawiałeś. Prędkość może nie jest powalająca, każdy gigabajt dysku kopiuje się przez 2 minuty, ale za to ze stuprocentową dokładnością. I tylko za pierwszym razem. Tego klona możesz potem uruchomić jako wirtualny komputer w VMWare z pakietu v.Clone.

Rozwiązanie genialnie proste, bo zrobić sobie obraz dysku potrafi każdy. Ok, prawie każdy. Użyć VMWare również. Trzeba było jeszcze wpaść na to, jak tego używać razem. I jeszcze na kilka rzeczy. Na pomysł synchronizacji plików na przykład. Bo v.Clone nie tylko pozwala na pracę na obcych komputerach. Nie zostawia na nich śladu po Twoich plikach, a kiedy znowu podepniesz dysk do swojego ulubionego komputera - po prostu zsynchronizuje te, które zmieniłeś, albo skopiuje nowe. Proste?

Najciekawsze jest to, że dzięki v.Clone możesz przestać zabierać ze sobą laptopa. Jest wielki i ciężki. Zwłaszcza w porównaniu z tymi nowymi gadżeciarskimi telefonami, które w internecie czują się jak ryba w wodzie. Bierzesz swój telefon, a do kieszeni pakujesz któryś z tych maleńkich ultraprzenośnych dysków Iomega. Z zainstalowanym v.Clone i obrazem twojego systemu. Możesz go przypiąć do dowolnego komputera, który znajdziesz na swojej drodze, byle miał 1 giga pamięci i potrafił obsługiwa- vClone. I znów będziesz u siebie. I pomyśl o tych wszystkich ludziach, którzy czekając na Centralnym na InterCity trzęsą się o swoje wypasione torby na laptopa, wyglądające jak wypasione torby na laptopa i jednocześnie jak zaproszenie dla złodziei. Ciebie to już nie dotyczy.

A najlepsze jest to, że gdyby któryś z Twoich komputerów nagle odmówił posłuszeństwa - tak naprawdę nadal masz go ze sobą. Bo w sumie komputer, to tylko kilka kilo krzemu, miedzi i plastiku. Liczy się to, co ma na dysku. Choćby i na klonie. Hmm... a nawet na wielu klonach. Bo to ile obrazów ilu maszyn sklonujesz zależy już tylko od trzech rzeczy: potrzeb, wyobraźni i pojemności dysku.

Jakby nie patrzeć, z v.Clone zawsze wygrywasz. Albo wgrywasz. Ale to już zależy tylko od Ciebie.

Uwaga: Obecnie dostępna wersja oprogramowania vClone nie działa z aplikacjami 64-bitowymi i Windows 7.
Aktualizacja oprogramowania bez w/w ograniczeń ma się pojawić do czerwca 2010.

 

Ekstremalna jazda w kosmicznym stylu

Na pierwszy rzut oka wygląda jak rekwizyt z Matrixa. Drugi i trzeci rzut oka tylko w tym wrażeniu upewnia. Iomega eGo BlackBelt jest jednym z najbardziej kosmicznych dysków, jakie znajdziecie na rynku.  Ale nie tylko jego dizajn powala. To jeden z najodporniejszych przenośnych 2.5-calowych dysków dostępnych dla cywili. Lepsze zabezpieczenia ma armia. I to nie każda.

Poza wzmocnioną obudową BlackBelt zabezpiecza również silikonowa koszulka. Choć ochrania głównie rogi, to właśnie one są najbardziej narażone przy upadku.  Z jakiej wysokości rzucaliście do tej pory swoimi dyskami? Standard, to upadek ze stołu (około 70 cm) po przypadkowym zahaczeniu o kabel. Ale wyłączony Iomega eGo BlackBelt powinien wytrzymać lot nawet z wysokości ponad 2 metrów. Poza tym nie musicie się obawiać przenosząc go w plecaku - nawet podczas raftingu. Zniesie te same wstrząsy co wy. Ba, powinien przetrwać nawet odprawę bagażową i załadunek na Okęciu, nie mówiąc o podróży porannym pekaesem z Ustup do Zakopanego. Nad wszystkim czuwa technologia Drop Guard Xtreme.

A kiedy już nacieszycie oczy i własne eGo, pora zajrzeć hmmm... pod maskę. A pod nią kryje się cichutki dysk o pojemności 500 GB, pracujący z prędkością 5400 obrotów na minutę. Ale nie liczcie na to, że Iomega eGo BlackBelt posłuży wam w warunkach ekstremalnych jako ogrzewacz do rąk. Mimo zamkniętej obudowy ten dysk pozostaje stosunkowo chłodny. Po skończonej pracy można go po prost wsunąć do kieszeni. Nie poparzy.

Na obudowie znajdziecie tylko jedno gniazdo USB 2.0. Nie potrzebuje dodatkowego zasilania. Ale gdyby wasz laptop okazał się za słaby, by uruchomić dysk z jednego gniazda - zawsze możecie skorzystać z drugiej wtyczki na dołączonym kablu. Dwa porty USB w laptopie poradzą sobie z napędem bez problemu. 

Kiedy już podłączycie dysk do komputera, pozostanie tylko pobrać z sieci jeden z najlepszych zestawów zabezpieczających dane: Iomega Protection Suite, który pozwala na zabezpieczenie zawartości dysku i łatwe wykonywanie back-upu.  Iomega eGo BlackBelt to przenośny dysk praktycznie dla każdego. Ale jego zalety docenią szczególnie miłośnicy ekstremalnych wypraw, trekkingu, offroadu i ...profesjonalni fotografowie i fotoreporterzy. Niewielki dyszczek nie zajmuje wiele miejsca w torbie czy plecaku, a nie boi się pracować w tak ekstremalnych miejscach, jak amazońska dżungla, demonstracja górników w Warszawie i targowisko w Tuszynie.

 

Koncert na dwa puzony i papugę, czyli zobacz muzykę z innej strony

Kojarzycie kosmiczną wyciskarkę do cytryn, która wygląda jak sztuczny satelita na trzech nogach? Zaprojektował ją Phillipe Starck. Teraz możecie mieć inne jego dzieło w swoim domu. I to nie w kuchni. Choć akurat wyciskarka nieźle prezentuje się nawet w salonie. Starck, który inaczej patrzy na materię tym razem stworzył coś, co pozwala inaczej spojrzeć na muzykę: głośniki bezprzewodowe Parrot ZIKMU. 

To ZIKMU, to prosty chwyt. Przestawiasz dwie sylaby w słowie „muzik”, masz nowe spojrzenie na muzykę. Ale to, co kryje się pod nazwą ZIKMU to najnowsza bezprzewodowa technologia firmy Parrot i geniusz projektanta. Bo jak inaczej opisać dwa głośniki bezprzewodowe, przypominające skrzyżowanie futurystycznego wazonu z wiszącymi w powietrzu częściami puzonów. Ta forma jeszcze nie ma nazwy. Albo właśnie nazywa się ZIKMU. 

Niezwykła jest nie tylko forma. Kiedy już postawicie swojego iPoda, lub iPhona we wbudowanym docku, albo po prostu połączycie swój komputer bezprzewodowo z głośnikami, dźwięk was dosłownie otoczy. Tego nie potrafi zwykły głośnik. Zawsze gra w jednym kierunku. nawet rozbudowane kino domowe trzeba najpierw odpowiednio poustawiać. A Parrot ZIKMU stawiasz gdzie chcesz. Siła ekstremalnie płaskich stuwatowych głośników dotrze do każdego zakamarka w pomieszczeniu. A podłoga w każdym miejscu zawibruje pod stopami. Bo ZIKMU to nie tylko zwykłe głośniki, ale również para solidnych subwoofferów z systemem bass-reflex. Ba, o ile w dowolnym zestawie stereo musisz zwracać uwagę na to, który głośnik jest lewy, a który prawy, w ZIKMU sam zdecydujesz, korzystając z oprogramowania. Wystarczy kilka kliknięć. 

Problem w tym, że wasz odtwarzacz DVD nie ma jeszcze możliwości przesyłania dźwięku bezprzewodowo. Hm, nic prostszego. Parrot ZIKMU można też podłączyć do odtwarzaczy zwykłym kablem. A wtedy poczujecie jak efekty dźwiękowe wciskają was w fotel lepiej, niż te w prawdziwym kinie. 

No i zawsze możecie zabrać Parrot ZIKMU na imprezę do znajomych. Niech też poczują muzykę tak, jak tego nigdy nie czuli. Philippe Starck zaprojektował dla ZIKMU specjalny futerał. Jest wystarczająco kosmiczny, żeby się podobać. A że na ulicy będziecie wyglądać jak ekscentryczny jazzman niosący dwa puzony? W końcu to będzie wasz koncert. I waszego ZIKMU.

 

Profesjonalista dla prawdziwych twardzieli

Koledzy spytają najpierw, czy sprawiłeś młodszego brata swojemu Macowi Pro. A może masz pierwszy komputer, który rozmnaża się przez pączkowanie. A kiedy już przestaną żartować, sprawdzą co kryje się pod obudową nowego dysku Iomega UltraMax. Może nie zaskoczy ich terabajtowa pojemność. Ale już możliwość podłączenia do komputera przez złącze External SATA (eSATA) owszem. Bo to oznacza, że do plików na zewnętrznym dysku masz taki sam dostęp, jak do plików na biurku. Potem zacznie się cmokanie nad portami FireWire 800, USB 2.0, nawet nad FireWire 400. Bo wyjdzie im na to, że swojego UltraMaxa możesz podłączyć do dowolnego komputera.

Możesz. Pod warunkiem, że to Mac - wtedy podłączysz go zaraz po wyjęciu z pudełka. Jeżeli chcesz go używać z Windowsem, czy dowolnym Linuxem - musisz poświęcić moment na formatowanie z pomocą dołączonego oprogramowania. Ale akurat tego momentu nigdy nie będziesz żałował. Bo już po chwili będziesz dysponować wystarczającą przestrzenią, by przechować 4 miliony zdjęć. To tyle, ile zrobiłbyś przez około 100 lat, pstrykając 10 klatek dziennie.

Możesz też zmagazynować 18,5 tysiąca godzin muzyki. Gdybyś codziennie kupował jedną płytę, na zapełnienie całego dysku Iomega UltraMax 1 TB potrzebowałbyś 50 lat.

I pomyśl, że wszystko masz pod ręką. Ultraszybkie łącze eSATA dostarcza wszystkie pliki z prędkością 3 GigaBitów na sekundę. W wielu przypadkach to szybszy sposób na dostęp do dużych plików, niż wewnętrzny dysk komputera. Bo Iomega UltraMax możesz podłączyć nawet do stosunkowo starych maszyn. Byle miały odpowiednie gniazda. Zatem jeżeli potrzebujesz dużo miejsca na swoje pliki, zależy Ci na łatwym i błyskawicznym dostępie do nich, korzystasz z kilku komputerów wyposażonych w różne typy złącz, to będzie niezły wybór. Będzie też świetny, jeżeli korzystasz z kilku komputerów z różnymi systemami. Po prostu podziel dysk i za każdym razem wrzucaj swoje dane na jedną z partycji. Możesz w ten sposób wykonać back-up, albo zarchiwizować swoje pliki. Bo Iomega UltraMax to prawdziwy profesjonalista dla twardzieli i doskonały twardziel dla profesjonalistów..

 

Wyjątkowo komunikatywny twardziel

W przenośnym twardym dysku liczy się nie tylko pojemność. Bo co z tego, że masz giga, albo i terabajty, skoro dysk chce gadać tylko z jednym typem kabla. Może lepiej sięgnąć po Iomega eGo Portable Hard Drive Mac Edition.

Dysk renomowanego producenta nośników danych jest nie tylko pojemny (320 lub 500 GB), ale również wyjątkowo komunikatywny. W poręcznej, eleganckiej aluminiowej obudowie kryje się nie tylko 2,5 calowy dysk, ale również 3 porty: FireWire 400 i FireWire 800 oraz USB 2.0. Masz 3 razy większe szanse, że w każdym miejscu znajdziesz odpowiedni kabelek. W każdym razie znajdziesz je w pudełku z dyskiem. Potem sam zdecydujesz, czy trzeba wozić je wszystkie. Możesz natomiast zapomnieć o konieczności noszenia zasilacza. Dysk będzie się zasilał przez kabel, którym został podłączony do komputera. Mimo że Iomega eGo Portable Hard Drive Mac Edition jest dedykowany dla użytkowników komputerów z jabłuszkiem, może z nich korzystać każdy. Mac Edition oznacza, że dysk Seagate zamontowany w srebrnej lub rubinowej obudowie może być podłączony do Maca zaraz po wyjęciu z pudełka. Ale bez przeszkód będą mogli z niego skorzystać również użytkownicy systemów Windows, od Windows 2000 Professional w górę. No i oczywiście możesz go sformatować tak, jak sobie tylko życzysz.

Przy swoich 5400 obrotach na sekundę dysk nagrzewa się w ciągu 30 minut pracy, w najcieplejszym miejscu do ok. 36 stopni. To znaczy, że kiedy po pracy wsuniesz go do kieszeni, nadal wyda Ci się chłodny.

No i najważniejsze. Nie musisz przechowywać dodatkowych płyt z oprogramowaniem. Możesz skorzystać z umieszczonych na stronie Iomega specjalnie dla posiadaczy dysku eGo rozwiązań do ochrony swoich danych i backupu. A jest z czego wybierać. Znajdziesz tam McAfee VirusScan Plus, Iomega QuikProtect, EMC Retrospect Express Backup oraz MozyHome Online Backup. Aha. Jest jeszcze jedno. Nawet jeżeli w kurtce lub marynarce masz dziurawe kieszenie, eGo, nawet gdy wypadnie - wytrzyma. Bo wytrzymuje upadek z wysokości 130 cm. Twoje zdjęcia z wakacji też wytrzymają.

 

Dlaczego Mac

Zanim w ogóle zaczniemy rozmawiać, ustalmy jedno: nie chodzi o świętą wojnę użytkowników Mac OS z użytkownikami Windowsa. Choć biorąc pod uwagę to, co Microsoft zrobił w Winows 7, może się wydawać, że w tej wojnie wygrał Mac OS X. 

Ale nie o to chodzi. Bo wybór dowolnego Maca: MacBooka czy MacBooka Pro, Maca Mini, Maca Pro, czy iMaca nie oznacza skazania na jeden system. Nie oznacza nawet skazania na jeden system zawsze dołączany do tych komputerów i zawsze w najnowszej wersji, oraz na dowolną dystrybucję Linuxa. Wskażcie komputer, na którym bez stosowania magicznych sztuczek możecie mieć tyle systemów, ile tylko chcecie. Oczywiście w ramach rozsądku i pojemności twardego dysku.

Jasne, że na każdym komputerze da się postawić Windows, Ubuntu, Kbuntu, Fedorę, DamnSmallLinux, CoTamSobieChcecieLinux i każdą z ponad 300 stabilnych dystrybucji darmowego systemu operacyjnego. Ale na żadnym, poza Macami, bez kombinowania i łamania zasad licencji nie da się zainstalować dodatkowo Mac OS X. 

Ba, to, z jakim systemem wystartuje komputer można wybrać już na starcie. Chcę się pobawić grami - wybieram Windows, bo gry przyniosę z byle sklepu. Chcę skorzystać z tysięcy sprawdzonych i darmowych programów, posurfować w sieci bez ryzyka złapania szkodliwego oprogramowania, szybko zmontować domowe wideo i nagrać je jako DVD, albo stworzyć prawie profesjonalną ścieżkę dźwiękową do własnego filmu - klikam Mac OS X. Chcę poczuć powiew egzotyki, a może nauczyć się czegoś więcej - klikam Linuxa. Takiego wyboru nie daje dziś żaden inny komputer na świecie.

Jednym słowem - nie musisz rezygnować ani z dotychczas zakupionego oprogramowania, ani ze swoich archiwów. Możesz za to cieszyć się wszystkim tym, co do tej pory oglądałeś na tysiącach reklam. I wydawało Ci się, że to tylko reklamiarskie sztuczki. Teraz tylko od pojemności dysku zależy, ile komputerowego świata znajdzie się w Twoim zasięgu.

Nie będziesz nawet musiał martwić się o oprogramowanie. Dokumenty, tabele i prezentacje tak samo dobrze będą prezentowały się w każdym z systemów. Może kiedyś dojdziesz do wniosku, że lepiej przygotowywać je w programach pracujących tylko w Mac OS X. Bo są łatwiejsze do stworzenia i bardziej eleganckie. Podobnie jak łatwiejszy w obsłudze, bardziej intuicyjny jest sam Mac OS X. I w systemie, i w aplikacjach wystarczy robić to, co wydaje Ci się właściwe. I właśnie to będzie właściwe.

Nie będziesz miał też problemów z podłączeniem urządzeń, które kiedyś kupowałeś dla swojego PC. Mac rozpozna je wszystkie. No, może prawie wszystkie. Dogada się z drukarką, telefonem, kartą telewizyjną, dyskiem przenośnym, odtwarzaczem MP3 czy MP4... Lista jest długa. I większość obsłuży bez dodatkowego oprogramowania. A jeżeli czegoś będzie brakować, łatwo znajdziesz to w sieci. Zupełnie darmowo i zupełnie legalnie. Tak samo jak darmowo i legalnie pobierzesz tysiące programów, za które inni muszą płacić niemałe pieniądze. Nie tych samych, ale takich samych. A czasem znacznie bardziej rozbudowanych. Zresztą. Sam ocenisz. I przekonasz się, że warto. 

Mało przekonujące? Pomyśl o tym, że Mac, to najnowsza technologia. To on wyznacza nowe kanony w projektowaniu i budowie komputerów. To, co mieści „pod maską”, u konkurentów pojawi się dopiero za chwilę. Tak jak za chwilę notebooki i komputery stacjonarne będą przypominały najnowszego Maca. No i wszyscy producenci, tak komputerów, jak systemów i aplikacji chcieliby, żeby ich produkty były równie intuicyjne jak Mac i Mac OS X. I oferowały użytkownikowi równie skuteczną pomoc. 

I najważniejsze: nie daj sobie wmówić, że Mac jest za drogi. To ten sam przedział cenowy, w którym znajdziesz komputery wiodących marek o podobnych parametrach. Pomyśl tylko, jak często będziesz musiał wymieniać te wiodące marki. Mac będzie nadal funkcjonalny nawet po kilku latach. Wciąż będzie gotów na przyjęcie nowego systemu i oprogramowania. Wymienisz go tylko dlatego, że będziesz miał ochotę na nowe funkcjonalności. A ten, którego zostawisz, nadal będzie świetnie służył. Choćby Twoim dzieciom czy rodzicom. Po prostu sam dojdziesz wtedy do wniosku, że Mac jest jakby trochę lepszy. I jakby trochę przyjaźniejszy. No a poza tym wyróżnia się na tle jednakowych komputerów. I zawsze wyznacza styl.

 

Muzyczny odjazd na każdym stoku

Nie ważne czy to Chamonix, Zakopane, czy Górka Szczęśliwicka. Liczysz się tylko Ty, Twoje narty i to, co słyszysz. Oczywiście nie chodzi o nawoływania nerwowych mamuś: Kuba, nie bij kijkiem Jurka! Ile razy mam ci powtarzać, że śniegu się nie je!? Tu psy sikają!... W końcu to Ty decydujesz, czego chcesz słuchać. Po to zabrałeś iPoda... Ale wiadomo, iPod w zimie może nie być specjalnie wygodny. Trzeba ściągnąć rękawice, wyłuskać go spomiędzy warstw odzieży, a potem marznącymi palcami ustawić jeszcze raz Equinoxe Jeana Michaela Jarre’a. Albo co tam innego lubisz. Można się zniechęcić. Ale nie trzeba. Bo do iPoda możesz dziś „dokręcić” takie ubranie, które bez konieczności trzymania odtwarzacza w ręce pozwoli Ci na cieszenie się wszystkim, co na nim zgromadziłeś.

Najprostsze rozwiązanie, to kurtka. I to nie kurtka z wbudowanymi słuchawkami. Bo to na stoku banał. Lepszy będzie snowboardowy iPod Shield Jacket od Burtona. Firma wypuściła już na rynek kilka zintegrowanych z iPodem kurtek. Ta jednak nadaje się na snowboard jak żadna. Wszystkie potrzebne przełączniki znajdziesz na rękawie. Możesz regulować siłę dźwięku, czy zmieniać piosenki bez konieczności wyciągania iPoda. On sam spoczywa grzecznie w specjalnie zaprojektowanej kieszeni na piersi. Gotów na każdy Twój gest.

Jeszcze dalej poszedł Spyder. Na jego kurtce Glacial, świetnie nadającej się nie tylko na stok, ale również na zimowe trekkingi znajdziesz to, co tak lubisz w iPodzie - jego scroll wheel. Możesz zmieniać utwory i listy tak, jak to robisz na iPodzie. Po prostu kręcąc palcem.

Możesz też założyć polską produkcję. JanSport wypuścił kurtki Wired Puffer Jacket, z przełącznikami do iPoda na piersi i specjalnym kanałem na słuchawki. Może nie jest to kurtka na ekstremalne podbiegunowe zimno, ale w ekstremalnych tempraturach iPod też nie czułby się komfortowo.

Jeżeli jednak wolisz raz za razem wyciągać swojego iPoda, to może załóż rękawice. Choćby Marmot iGlove Multi. Dobrze chronią przed zimnem, a na ekstremalne mrozy są wystarczająco ciepłe, by założyć na nie drugie, grube rękawice. No i ich palce wskazujące i kciuki wykonano ze specjalnej tkaniny, która pozwala na sprawne manipulowanie kółkiem iPoda.

Ale, jeżeli mimo wszystko nie chcesz wystawiać iPoda na mróz, użyj iPod Ski Gloves potentata na zimowym rynku ciuchów - O’Neilla. Tym razem przełączniki iPoda znajdziesz na wierzchu dłoni. Chłopaki ze StarTreka będą przy Tobie jak przedszkolaki przy G.I. Joe. Rękawice transmitują radiowo polecenia do iPoda ukrytego nawet pod 40 warstwami Twoich ubrań. A Ty słuchasz, czego tam sobie chcesz.

A właśnie. Jeżeli Twoje dzieci też jeżdzą na nartach ze swoimi „szufelkami”, pamiętaj, powinny jeździć w kaskach. I wcale nie musisz ich do tego namawiać. Same założą kaski od Giro, z wbudowanymi słuchawkami i kabelkiem podłączanym wprost do iPoda. Tak, Ty sam też chętnie go założysz ;).

 

Taki dysk ci wypada (mieć)

Wyobraź sobie dysk wystarczająco pojemny, by przechować twoje ulubione filmy, kolekcję zdjęć z ostatnich kilku lat, muzykę czy książki. I tak pojemny, by jeszcze pozwolił na zrobienie backupu. A jednocześnie tak elegancki, że z przyjemnością postawisz go na biurku, lub zabierzesz na randkę, czy filmowy wieczór u znajomych.  Takie właśnie są dyski światowego lidera rozwiązań w dziedzinie pamięci zewnętrznych - firmy Western Digital, dostępne w ofercie iSource.

Możesz wybierać między czterema rozwiązaniami: My passport for Mac, My passport studio, My Book for Mac, My Book studio. Dyski „for Mac” to nie tylko elegancka forma, pewność i bezpieczeństwo przechowywanych danych, ale również oszczędność czasu. I My passport, i My book zostały preformatowane w HFS+ Journaled. A to oznacza, że każdy użytkownik Maca może z nich korzystać natychmiast po wyjęciu z pudełka, bez konieczności własnoręcznego formatowania.  Jeżeli często przenosisz swoje dane między różnymi systemami, doskonałym rozwiązaniem będzie My passport lub My book studio, czytelny zarówno dla Maka, jak i dla PC. 

Elegancki przenośny My passport for Mac i My passport studio ma rzeczywiście wymiary zbliżone do standardowego paszportu. Jest może nieco grubszy, ale nadal świetnie mieści się w kieszeni marynarki.  My book for Mac i My book studio to potężny (2 TB) magazyn o formacie porządnego kryminału. Wersja „for Mac” jest kompatybilna z Apple TimeMachine, a na starszych systemach wykonywanie backupów wspomaga czytelny interfejs wbudowanego oprogramowania. 

Szybkość przesyłu danych w obu wypadkach zapewnia złącze USB 2.0. W niezależnych testach było wystarczające, by skopiować 1 GB danych w ciągu 50 sekund.  Jeżeli więc zależy Ci na prędkości, wygodzie i elegancji - sięgnij po My passport lub My book w formacie, jaki odpowiada Ci najbardziej. 

Ten dysk po prostu wypada. Mieć.

 

Przejście w drugą stronę

Podłączyć nowego Maca do starszego monitora było łatwo. W pudełkach leżały odpowiednie kabelki, pasujące do gniazda Mini DisplayPort w komputerze i do wtyczki DVI z drugiej. Gorzej, gdy marzyło Ci się wykorzystać swojego naprawdę wypasionego PowerMaca, czy starszego Macbooka i podłączyć go do jednego z tych nowych, błyszczących i po prostu przewygodnych 24-calowych monitorów Apple lub 27-calowego iMaca.

Teraz wystarczy, że skorzystasz z Atlona DVI to Mini DisplayPort Converter (AT-DP 200). Niewielki konwerter idealnie pobiera sygnał ze złącz DVI Twojego komputera, przetwarza go i wypuszcza czysto złączem Mini DisplayPort. Całość jest zasilana ze złącza USB.

To nie tylko idealne urządzenie dla posiadaczy starszych Maków. Teraz możesz podłączyć do swojego lśniącego iMaca 27” konsolę Xbox lub PS3 i korzystać z jego ekranu w rozdzielczości 720p. Na 24-calowym monitorze Apple Atlona DVI to Mini DisplayPort Converter wyciąga rozdzielczość do 1920x1200 pikseli.

Atlona DVI to Mini DisplayPort Converter pozwoli ci oglądać świat na najnowszych monitorach, w lepszych barwach.

 

Nawet James Bond ci pozazdrości

Już na pierwszy rzut oka widać, że trudno będzie wybrać między tymi dwoma kamerami. Kamery dualne Sanyo trafiły do oferty iSource.

Kamery dualne, to urządzenia, które równie sprawnie nagrają film HD (VPC-WH1) lub Full HD (VPC-HD2000) jak zrobią dobrej jakości zdjęcia. Dobrej jakości - czyli takie, jakie możesz wykonać swoją kompaktową cyfrówką. A czasem nawet lepsze. Bo ich obiektywy odpowiadają obiektywom zmiennoogniskowym dalekiego zasięgu.

Pierwsza z kamer (VPC-WH1) to prawdziwy towarzysz rodziny. Zabierzesz ją na każde wakacje, nakręcisz pierwsze podwodne próby swoich dzieci i zrobisz zdjęcia ryb, których nie udało ci się złowić. Jest wodoszczelna do 3 metrów pod wodą. Nakręcisz też sceny z ogniska i nocne szaleństwa - dzięki wbudowanej lampie. I masz na te zdjęcia sporo czasu. Kamera pracuje na baterii ponad 3 godziny. Spróbuj w tym czasie zapełnić całe 32 gigabajty obsługiwanej karty pamięci SD.

Druga (VPC-HD2000), to idealny towarzysz wypraw w góry, szalonych zjazdów po stokach, nocnych wędrówek czy lotów na paralotni. Przypomina legendarne latarki kątowe Fultona, używane od czasów Wietnamu przez armię amerykańską. Podobnie jak te latarki - łatwo przytroczyć ją do uprzęży plecaka, czy po prostu wsunąć do kieszeni. A potem nagrywać sekunda po sekundzie trudne podejście, lub malownicze widoki z lotu ptaka. I tak przez ponad 2 godziny w wysokiej rozdzielczości.

Oczywiście samo filmowanie w różnych warunkach to nie jedyna zaleta dualnych kamer. Nawet najbardziej wybrednych zadowoli ich zdolność do robienia zdjęć sekwencyjnych - do kilkunastu klatek na sekundę. Nie jako film, ale właśnie jako zdjęcia. Będziecie mogli uchwycić ruch skrzydeł ptaka, albo własny lot podczas skoku do wody tak, jak robią to profesjonalni fotoreporterzy. Chesz jeszcze więcej? Obie kamery mają też funkcję rozpoznawania twarzy. Możesz więc zostać mistrzem rodzinnych czy kumpelskich zdjęć zbiorowych.

A nawet, jeżeli z niewiadomych powodów nie zostaniesz - pomyśl, że takiego sprzętu pozazdrościłby ci nawet James Bond.

 

W tym roku żadna pogoda ci nie straszna

Nie ważne, czy w czasie ferii będzie śnieżnie, czy deszczowo. Ty będziesz przygotowany na wszystkie okazje. Możesz kręcić filmy, słuchać muzyki, grać, oglądać filmy i czytać wszystkie książki świata. Wystarczy, że do plecaka włożysz Flipa, iPoda i BeBooka. Flip, to genialnie prosta kamera cyfrowa. Nie musisz czytać żadnej instrukcji obsługi, żeby nakręcić Flipem wszystko co chcesz: zjazdy na nartach, wieczory przy kominku czy dzikie zabawy karnawałowe.

Flip zmieści się w kieszeni spodni i będzie zawsze pod ręką. A kiedy już nagrasz 2 godziny ruchomych obrazków, będziesz mógł je szybko zrzucić na dysk dowolnego komputera i wstępnie zmontować. Bo oprogramowanie „FlipShare” Flip ma zawsze ze sobą.

O przydatności iPoda nie ma co mówić. Każdy wie, że to nie tylko odtwarzacz muzyki, ale i podręczna konsola do gier, a nawet przenośne kino. Wszystko zależy od tego czym „nakarmimy” go przed wyjazdem. Nawet najmniejszy i najprostszy iPod shuffle ma wystarczającą pojemność, by przez kilka dni słuchać muzyki bez powtórek. A pomyśl ile zmieści się w iPodzie touch. Jesteś pewien, że masz tyle płyt?

iPod touch to również sposób na mimowolne poszerzenie swojej wiedzy. Ściągnij przed wyjazdem darmowe videocasty z działu iTunesU w iTunes Music Store. Możesz zobaczyć ciekawe filmy dokumentalne, albo poźwiczyć język, słuchając wykładów z najlepszych uniwersytetów.

A kiedy już po całym dniu wędrówek, szaleństw na stokach i zabawy będziesz chciał po prostu poczytać, sięgnij po BeBooka - poręczny czytnik elektronicznych książek. Jego ekran, wykonany w technologii papieru elektronicznego sprawi, że poczujesz się, jakbyś miał przed oczyma tradycyjne papierowe strony. Tekst nie będzie drżał, ani migotał, nie będziesz więc męczyć oczu. A jeżeli lubisz angielski, BeBook może poczytać ci do snu. Bo na razie czyta książki tylko po angielsku. No i możesz tych książek zabrać naprawdę dużo. BeBook ma pół gigabajta wbudowanej pamięci i jest w stanie pomieścić kilkaset książek w różnych formatach. A jeżeli uważasz, że to mało, zawsze możesz zabrać kolejne kilkaset na tanich kartach pamięci SD.

BeBook jest mniejszy i lżejszy niż tradycyjne książki. Więc świetnie zmieści się w Twoim plecaku, albo w kieszeni kurtki. I będzie się świetnie czuł w towarzystwie iPoda i Flipa. Zwłaszcza, że do ładowania wszystkich trzech wystarczy ci jeden zwykły zasilacz USB.

W tym roku Twój zimowy wypoczynek może być zupełnie inny. Wrócisz wypoczęty, oczytany i osłuchany, a swoje wspomnienia nagrane Flipem będziesz mógł jeczcze długo oglądać na ekranie telewizora lub komputera.

 

Ustaw i zapomnij. Zapamięta za Ciebie

Tylko twardziele nie robią backupów - głosiła maksyma użytkowników komputerów w czasach, kiedy robienie kopii bezpieczeństwa wiązało się z posiadaniem dodatkowego kosztownego sprzętu i oprogramowania. Teraz życie jest proste. Nie tylko można przebierać w dyskach, ale i oprogramowanie stało się dostępne i łatwe w obsłudze. Tak jak EMC Retroscect Express - wypuszczony przez firmę Iomega pod skrzydłami korporacji EMC Company.

Podstawową zaletą softu dostępnego dla użytkowników Windows, Linux, Mac OS, Solaris czy NetWare jest łatwość obsługi. Ustawia się ją tylko raz. I można zapomnieć. To EMC Retrospect Express będzie pamiętał, że ma dwa razy w tygodniu zrobić kopie naszych prac szkolnych, że 2 razy dziennie ma kopiować pracę magisterską i historię przeglądarki internetowej. Nawet, że między 7 a 10 każdego miesiąca ma zabezpieczać wszystkie dokumenty księgowej, obliczającej płace dla małej firmy. Wszystko zależy od potrzeb użytkownika.

Nieważne, czy jesteśmy użytkownikami komputerów stacjonarnych, notebóóków, czy zdecydowaliśmy się na postawienie serwera - EMC Retrospect Express będzie właściwy dla każdej z tych maszyn. A kopie bezpieczeństwa zrobi na wskazanym dysku: stałym lub przenośnym, a także na płytach CD/DVD a nawet na serwerze FTP.

I nie ma co mówić: to rozwiązanie nie dla mnie. EMC Retrospect Express nadaje się świetnie do zabezpieczania zawartości domowych komputerów, komputerów w bardzo małych, małych i średnich firmach, a nawet dla organów samorządowych, rządowych i szkół, które z sukcesem powierzyły część swojego zarządzania maszynom.

Jedyne, czego EMC Retrospect Express jeszcze nie potrafi, to kupić się i zainstalować bez ingerencji użytkownika. Ale jak wiadomo, w informatyce takie rozwiązanie to tylko kwestia czasu.

 

Biurko nie musi być gorące

Gorący laptop po pracy to problem - szczególnie jesienią i zimą. Kiedy stygnie - na jego powierzchni skrapla sią para obecna w powietrzu, a krople wody, to śmierć dla delikatnych połączeń, lutów i układów. Teraz warto skorzystać z EZBOOKPAD - eleganckiej podstawki pod notebooka z perforowanego aluminium, opracowanej przez Macally. Podstawkę uzbrojono w ruchomy, zasilany z USB cichy wiatrak - można go ustawić w miejscu, które najbardziej się nagrzewa, a po skończonej pracy wsunąć do torby razem z laptopem.

Albo i nie. EZBOOKPAD sam może być zabezpieczeniem komputera. Odpowiednio wyprofilowana podstawa pozwala bezpiecznie umieścić tam notebooka. Wtedy nie straszne mu nawet drzwi obrotowe i ścisk w windzie. EZBOOKPAD można wykorzystać również, jako stanowisko na naprawdę gorących biurkach. Takich, gdzie na laptopa czeka już monitor i klawiatura. Regulowane odnóża pozwalają na ustawienie podstawki w pionie. A wtedy zamknięty laptop będzie służył jak każda zwykła stacja robocza. W ten sam sposób EZBOOKPAD można wykorzystać w domu, podłączając komputer do telewizora. Nawet lekko sfatygowany notebook będzie teraz wyglądał jak designerskie centrum rozrywki.

Pasuje do każdego laptopa o przekątnej do 15”.

 

Turbodzieciaki w Twoim iPhonie

Znudziło Ci się żmudne konwertowanie wakacyjnych z kamery HD do iPhona? Koniec problemów. Elgato Turbo.264 HD wpięty do portu USB w twoim komputerze zrobi to błyskawicznie i bez potrzeby ustawiania dziesi;tków parametrów.  Wystarczy, że wrzucisz plik z filmem do okienka aplikacji, dołączanej do dekodera. Elgato Turbo.264 HD nie tylko dekoduje filmy. Poprawia również szybkość pracy takich aplikacji, jak iMovie, iPhoto czy QuickTime. Słowem, to karta graficzna, do której montażu nie trzeba rozbierać komputera. Teraz każdy będzie mógł pokazać swoje turbodzieciaki na plaży, korzystając z iPhona, iPoda, smartphona czy nawet zwykłej konsoli do gier. A wszystko dzięki niewielkiemu Elgato Turbo.264 HD.

 

Domowe centrum rozrywki w kieszeni

Masz iPoda, albo iPhona i oglądasz czasem filmy na ich ekranach? Może pora przesiąść się na duży format? Z przejściówkami Bludot możesz pokazywać swoje kolekcje wideoklipów, filmów i zdjęć z wakacji na największym ekranie jaki znajdziesz w okolicy.

Poważnie. Możesz podłączyć iPoda lub iPhona do nowoczesnych teleizorów przez złącze HDMI, albo do monitorów DVI i VGA, a nawet do starszego sprzętu - przez kompozytowy kabel AV. Sprawdź co stoi w okolicy i zbierz komplet potrzebnych kabli.

Teraz będziesz mógł dzielić się swoimi kolekcjami ze wszystkimi, a twój iPod lub iPhone stanie się domowym centrum rozrywki.

 

Do widzenia telewizorku

Właśnie zapomniałeś, że może istnieć coś takiego jak szafka pod telewizor. Twój telewizor mieści się w kieszonce na zapalniczkę. No może niezupełnie. Musisz go przypiąć do dowolnego komputera. Wystarczy ci złącze USB. To niewielkie cudo, to EyeTV 250 Plus - hybrydowy tuner telewizyjny z dekoderem dla nagrań i plików video. Słowem, to karta TV, której nie musisz montować w komputerze. EyeTV 250 Plus pozwala na odbiór bezpłatnej cyfrowej telewizji naziemnej DVB-T (zwanej równiez Freeview, DTT lub TNT), telewizji kablowej DVB-C ( w formacie MPEG-2 i MPEG-4) oraz telewizji analogowej, zarówno naziemnej jak i kablowej. To, że EyeTV 250 Plus jest dekoderem - to nie wszystko. Pozwala równiż na nagrywanie ulubionych programów. Oczywiście przyda się do tego dysk z serii Formac, lub serwer Mac mini. Ale dzięki EyeTV 250 Plus zapomnisz o innych rozwiązaniach.

 

Kilkanaście centymetrów do wolności

Zastanawiałeś się dlaczego Apple nigdy nie sprzedaje ze swoimi najmniejszymi iPodami Shuffle wielkich oldskulowych słuchawek? Już nie musisz. W iSource znajdziesz adapter Bielkina z pilotem do słuchawek, zaprojektowany specjalnie dla użytkowników nowego iPoda Shuffle i innych iPodów. Teraz do swojego iPoda Shuffle będziesz mógł przypiąć dowolne słuchawki. Adapter Bielkina ma wygodny panel, który nie tylko pozwala na regulowanie głośności, ale również na przeglądanie utworów. Możesz z niego korzystać również w iPodach nano (2008), classic i touch. Nie stracisz nic z jakości odtwarzanej muzyki, będziesz mógł korzystać z dowolnych słuchawek, a twój iPod może spoczywać bezpiecznie w kieszeni wszędzie tam, gdzie obawiałbyś się go wyciągać.

 

Mini serwer, maksi możliwości

Wielkością przypomina pudełko belgijskich czekoladek. Nie ma żadnych kosmicznych kratownic, czy baterii migających światełek. Jest biały, dyskretny i jest chyba jedynym serwerem, który można schować do kieszeni płaszcza. Mac mini Serwer to świetny wybór dla wszystkich, którzy mają kilka komputerów, ale zawsze obawiali się, że nie poradzą sobie z obsługą sieci w domu czy firmie.

Pomysł na miniserwer był prosty. Wystarczyło wziąć popularnego Maca mini, który i tak bywał już wykorzystywany jako serwer (jedna z kalifornjskich firm stworzyła na bazie Maków mini potężną serwerownię z serwerami do wynajęcia). Wystarczyło z mini wymontować napęd CD/DVD, a w jego miejsce wstawić drugi twardy dysk. Teraz całkowita pojemność dysków to 2x500 GB. Wystarczy, żeby przechować rodzinną muzykę i filmy z ostatnich kilku pokoleń, albo by zdigitalizować wszystkie dokumenty. Nawet, jeżeli serwer ma zarządzać biblioteką miejską. Oczywiście brak napędu w niczym nie przeszkadza. Do Maka Mini pasuje napęd SuperDrive, taki sam, z jakiego korzysta MacBook Air. Jest jeszcze jedna rzecz, zaprojektowana dla MacBooka Air, która świetnie sprawdza się z Mac Mini Serwerem - to adapter ethernet, który pozwoli na „dobudowanie” do Mini drugiego portu sieciowego.

Ale nie tylko wymiary mogą budzić zainteresowanie. Mac Mini Serwer uzbrojono w serwerową wersję Mac OS X Snow Leopard. A to oznacza, że dostajemy do ręki potężne narzędzie, które pozwoli nam bez ograniczeń (ale oczywiście w granicach sieciowego rozsądku) przyłączać kolejnych użytkowników, dzielić się dokumentami, kalendarzami, a nawet aplikacjami (pod warunkiem szybkiej sieci). Może być serwerem pocztowym, czy zwykłym serwerem plików. I nieważne z jakich systemów: Mac OS X, Windows, czy Linux korzystają jego użytkownicy. Każdy będzie mógł się podłączyć i wymieniać pliki z innymi.

Oczywiście powstaje pytanie: ile to cudo kosztuje? Znacznie mniej, niż typowy serwer z oprogramowaniem. Mało tego, kiedy czuwa, wykorzystuje tylko 16 watów energii na godzinę. Trudno znaleźć serwer o podobnych parametrach.

 

Rewolucja pod znakiem Flipa

Koniec z zastanawianiem się nad jakością filmów nagranych telefonem komórkowym. Koniec  z za krótkimi filmami z kompaktowych cyfrówek. Nadchodzi Flip: kompaktowa kamera cyfrowa, która ma szansę na dokonanie takiej samej rewolucji w amatorskich filmach, jakiej iPod dokonał na rynku odtwarzaczy mp3.

Bo Flip, jak żadna inna kamera ma wszelkie cechy podręczności. Jego wymiary nie odbiegają od wymiarów telefonu komórkowego. Za to nagrany Flipem film jest wyraźny. Wyraźny aż do bólu - nie ważne czy używasz Flipa Ultra, czy Flipa Ultra HD.

Zapomnisz szybko o "szumiących" obrazkach, które przypominają pierwsze transmisje z kosmosu. Bo do wyboru masz wyraźny obraz VGA (640x480 pixeli - takiego nie zaoferuje ci żaden standardowy film na youtube.com) albo obraz w wersji High Definition (1280x720 pixeli - nawet twój nowoczesny telewizor przyzna, że to niezły standard).

Rozdzielczość świetnie rekompensuje brak zoomu optycznego. Ale żadne inne urządzenie o podobnych gabarytach, którym można w ogóle nakręcić jakiś film nie oferuje nic więcej niż dwukrotny zoom cyfrowy. Ba, z żadnym innym urządzeniem nie przychodzi dedykowany program do montażu filmów, którego obsługa wymaga tylko wyobraźni. Bo cała technika jest tak łatwa, że możecie nauczyć montażu wasze sześcioletnie dzieci. A najważniejsze jest to, że niczego nie trzeba instalować. Wystarczy podłączyć Flip Ultra lub Flip Ultra HD do złącza USB w komputerze. Wszystkie potrzebne programy uruchomią się same. Prosto z Flipa.

Oczywiście nie musicie nic montować. Choć to jedna z tych zabaw, które z Flipem pokochacie. Można go podłączyć bezpośrednio do telewizora. Flipa Ultra HD nawet do telewizora cyfrowego. Wtedy każdy będzie mógł się przekonać, że domowe wideo jest łatwe i przyjemne, nawet dla kogoś, kto pierwszy raz trzyma kamerę w ręku. Jest jeszcze coś. Zwłaszcza, jeżeli lubicie dalekie wyprawy. Flip świetnie mieści się do kieszeni. Nie trzeba do niego specjalnej torby. No i zawsze jest pod ręką.


plen